czwartek, 29 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

Koniec roku to czas podsumowań. Poniżej prezentuje moje swoje, muzyczne bo muzycznie był to bardzo dobry rok. Ukazało się dużo dobrych albumów, a także odbyło koncertów.
Aha, ostatnio zaniedbałem nieco bloga, za co przepraszam. Mam nadzieję że nadrobię to w Nowym Roku. Wszystkiego dobrego!


1. Fovea Hex - Here is Where we Used to Sing
2. Kate Bush - 50 Words For Snow
3. Steven Wilson - Grace for Drowning

4. PJ Harvey - Let England Shake
5. Steve Hackett - Beyond The Shrouded Horizon
6. Opeth - Heritage
7. Planet L.U.C. - Kosmostumostów
8. Pati Yang - Wires and Sparks
9. Wojtek Mazolewski Quintet - Smells Like Tape Spirit
10. Joe Bonamassa - Dust Bowl
11. Kurzwellen - 0
12. Radiohead - King of Limbs / Supercollider
13. Tune - Lucid Moments
14. Pat Metheny - What’s It All About
15. Necro Deathmort - Music of Bleak Origin
16. Bass Communion - Cenotaph
17. A King Crimson Project - A Scarcity Of Miracles
18. Björk - Biophilia
19. Coldplay - Mylo Xyloto
20. Rush - Time Machine: Live In Cleveland 2011 (DVD)



niedziela, 18 września 2011

Opeth - Heritage




Przed kilkoma laty Opeth ufundowało małą niespodziankę swoim słuchaczom. Było to przy okazji nagrywania albumu Deliverance (2002). Zespół współpracował wtedy ze Stevenem Wilsonem i równolegle powstał wydany rok później materiał zawarty na Damnation, które okazało się pięknym chociaż bardzo delikatnym i na swój sposób mrocznym uzupełnieniem ciężkiego, opethowego Deliverance. Potem było niezłe Ghost Reveries (2005), do którego rzadko wracam, a trzy lata później Watershed. W międzyczasie bardzo przemieszał się skład grupy – zmiana gitarzysty, inny perkusista itd.), do samego albumu podchodziłem z dystansem. Długo zajęło mi przekonanie się do takiego brzmienia Opeth, lecz dzisiaj z perspektywy czasu śmiało mogę stwierdzić, że Watershead jest jednym z moich ukochanych dzieł Szwedów. Ale znając gust, muzyczne upodobania i podejście Mikaela Åkerfeldta, który w zasadzie ma decydujący wpływ na wszystko, co związane jest z zespołem i co się w nim dzieje, miałem przeczucie, że kolejny album będzie przełomem, czymś zupełnie nowym.

Więcej moich wywodów o nowym i genialnym Heritage Opeth na Artrock.pl.

sobota, 17 września 2011

Ino-Rock Festival 2011


Czwarta edycja tego festiwalu jest już za nami. Przyznaję, że była to moja pierwsza muzyczna wyprawa do tego miasta. W tym roku wystąpiły takie zespoły jak Lebowski, Wolf People, Pain of Salvation i legendarny Brendan Perry. Oj działo się w ostatnią sobotę w inowrocławskim Teatrze Letnim.
Zapraszam do lektury relacji z tegorocznego Ino-Rock Festival.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Subiektywnie o Back To Black Amy Winehouse


Gdy kilka lat temu Amy Winehouse trafiła do muzycznego biznesu chyba nikt nie przewidywał takiego końca. Młoda, niewysoka i całkiem urodziwa (jeszcze wtedy) dziewczyna, która została obdarzona sporym talentem oraz mocnym głosem. Dwudziestolatka swoim debiutem Frank w 2003 roku zaskoczyła niejednego, bez względu na wiek i płeć miłośnika muzyki. Poruszyli się nawet co niektórzy, nieco skostniali krytycy – o zgrozo – muzyczni.

Mój tekst o Back To Black Amy Winehouse.











wtorek, 5 lipca 2011

Devo... czyli kolorowe lata '80.



Początek lipca jest jakiś taki nijaki. Zimno, pada, trochę jak w październiku. A pamiętam te upały, gdy przed rokiem w Łodzi gościło na koncercie Porcupine Tree. Siedząc w domu i powoli myślać o wakacyjnych wojażach z chęcią wracam do starych rzecz. Od kilku dni namiętnie słucham zespołu, który – zgadnijcie, dlaczego – kojarzy mi się z klockami. Mowa oczywiście o amerykańskim Devo, legendzie synth-popu. Grupa Devo należy do wykonawców, których można śmiało nazwać pionierami synth-popu. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości artystów kojarzonych z tym nurtem.
Pierwszy album Devo, został wydany w 1978 roku, zatytułowany Q: Are We Not Men? A: We Are Devo!, a jego produkcja została powierzona znamienitemu Brianowi Eno. Wydawnictwo przyniósło zespołowi zasłużoną sławę, choć raczej w rockowym undergroundzie. Repertuar stanowiły dość proste utwory, mogące kojarzyć się ze zdobywającym popularność punk rockiem, wykonane w szorstki, zmechanizowany sposób, w oryginalny sposób urozmaicone syntezatorowymi brzmieniami. Na płycie wyróżniały się zwłaszcza utwory „Jocko Homo” – manifest programowy grupy oraz niezwykła, zdeformowana i mocno odarta z oryginału wersja „(I Can't Get No) Satisfaction” The Rolling Stones, która przyniosła grupie pierwszy wielki przebój. Członkowie zespołu występowali ubrani w jednakowe, żółte kombinezony i ciemne okulary, ponadto w materiałach promocyjnych Mark pojawiał się w przebraniu małpy – wszystko służyło podkreśleniu przekazywanych treści. Krytycy reagowali różnie, pojawiały się nawet – zupełnie chybione – oskarżenia o faszyzm. Futurystyczne przebrania i odhumanizowana muzyka oraz intrygujące teksty nie stanowiły jednak propagandy technicyzacji, lecz były – pomimo sporej dawki humoru w twórczości zespołu – formą ataku na współczesne amerykańskie społeczeństwo, zniewolone przez zdobycze techniki. Tak czy inaczej, niewątpliwie Devo byli jedną z najoryginalniejszych grup amerykańskich tamtego okresu.

W 1979 roku ukazała się druga płyta zespołu, zaś trzeci album – Freedom of Choice z 1980 roku okazał się największym sukcesem komercyjnym grupy. Bez wątpienia zaważył na tym fakt zwrócenia się zespołu w kierunku bardziej synth-popowym niż dotychczas, ponadto z czasem teksty grupy coraz chętniej podejmowały temat miłości – ukazanej jednak na ogół w dość przewrotny sposób, jako źródło konfliktów bądź frustracji seksualnych. Wielkim sukcesem okazał się zwłaszcza singiel „Whip It” – jedyny właściwie utwór, którym Devo zaistniało na dłużej w masowej świadomości; w późniejszym okresie także dzięki kontrowersyjnemu (Mark zdejmujący kobiecie części garderoby przy pomocy bicza) teledyskowi często emitowanemu w MTV. Do mocniejszych fragmentów całości należały też piosenki „Girl U Want” i „Freedom of Choice”. W tym okresie zmienił się też, nie po raz pierwszy zresztą, wygląd muzyków – nosili oni czarne kombinezony i czerwone nakrycia głowy przypominające plastikowe doniczki (mi przypominają stożkowe klocki), z którymi do dziś są kojarzeni. Ten okres w twórczości grupy został upamiętniony także koncertowym mini-albumem Dev-o Live.

Album jest naprawdę rewelacyjny, polecam posłuchać. To były naprawdę świetne czasy, a szeroko rozumiana muzyka popularna miała inny poziom. Obecnie dostrzegam coraz powszechniejszą dekonstrukcje melodii na rzecz prostackich rytmów, czego świetnym przykładem są ostatnie płyty Black Eyed Peas czy „twórczość” Lady Gagi.
Wracając do Devo – zespół wydał jeszcze potem kilka bardzo dobrych płyt studyjnych, z początkiem lat ’90 grupa bardzo ograniczyła wspólną działalność. Od czasu do czasu występowali na koncertach. Na szczęście w ubiegłym roku panowie powrócili z bardzo przyzwoitym materiałem Something For Everybody.



Na deser wspomniany cover Stonsów:



poniedziałek, 4 lipca 2011

Yes, Yes, Yes...

Fly From Here. Nie liczyłem na kontynuację Going For The One, a w najbardziej fantazyjnych i nietrzeźwych stanach nawet nie pomyślałem o Fragile oraz Dramie – z uwagi na udział Trevora Horna. Z jednej strony byłem ciekawy nowej płyty, ale z drugiej obawiałem się, że nie będzie to dobry powrót i nikomu – a zwłaszcza muzykom, na dobre to nie wyjdzie.
Już po pierwszym zapoznaniu uspokoiłem się, bo na szczęście nie jest to powrót w stylu Go Away White (2008) Bauhaus i jest lepiej niż z ostatnimi wydawnictwami Van der Graaf Generator.
Cały mój tekst znajduje się na Artrock.pl.

sobota, 2 lipca 2011

Tim Hecker - Ravedeath, 1972

Genialna płyta! Co powiedzieć więcej? Proszę koniecznie posłuchać. Tutaj jest moja recenzja. Ravedeath, 1972 to jedno z najciekawszych, najbardziej wartościowych i spójnych wydawnictw ambientowych jakie było mi dane usłyszeć w ostatnim czasie. A Tim Hecker, pewnie trochę nieświadomie nagrał bodajże jak na razie swój najlepszy materiał, zarazem tak inny od wcześniejszych autorskich dokonań.

czwartek, 23 czerwca 2011

Łukasz Rostkowski Warsaw. WAR | SAW

...czyli kolejna część cyklu "Zrozumieć Polskę".

W tym roku przy współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego artysta przygotował kolejną część cyklu Zrozumieć Polskę zatytułowaną Warsaw WAR | SAW. Tym razem tematyką płyty jest powstanie warszawskie i prawdziwe historie warszawiaków – jego uczestników i obserwatorów sprzed 67 lat. W jednym z wywiadów muzyk powiedział, iż mimo szacunku do powstania, jaki i do pewnego romantyzmu tego zrywu narodowego nie chciał tworzyć kolejnej traumatycznej opowieści. Takich drukowanych, filmowych, czy dźwiękowych dokumentów powstało już wiele. Rostkowski chciał znaleźć inny klucz na podjęcie tej tematyki.I to mu się udało. Choć Warsaw jest swoistą kontynuacją 39/89 to zasadniczo oba te albumy różnią się od siebie. Przede wszystkim nie jest to płyta stricte faktograficzna, tak jak pierwsza część cyklu. Kompozytor postawił na autentyczność, a jako element pozamuzyczny wybrał rzeczywiste historie ludzi, zwykłych mieszkańców, którzy przeżyli te jakże trudne dni. To właśnie oni są bohaterami Warsaw. Oni i ich przywoływane z pamięci opowieści dotyczące codziennego życia w stolicy – mieście, które przeżyło własną śmierć. Unikalne nagrania wykorzystane na płycie pochodzą z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzyka przewija się delikatnie w tle i jest wspaniałym dopełnieniem konceptu. O ile w przypadku 39/89 artysta postawił bardziej na instrumenty elektroniczne, tak tutaj dominuje bardziej tradycyjne, analogowe instrumentarium: akordeon, trąbka, kontrabas. W odniesieniu do tego wydawnictwa wyszło to zdecydowanie na jego korzyść i jest kolejnym potwierdzeniem wrażliwości i fantastycznego wyczucia samego Rostkowskiego.

Po więcej zapraszam tutaj.

PS. Płyta jest fenomenalnie wydana!

środa, 22 czerwca 2011

Kamieniami w Anioły

Od premiery wprawdzie minęło już kilka tygodni, to w tzw. "środowisku metalowym" płyta jest wciąż na językach tzw. "wyznawców". Słowa pochwały gdzieś mi umknęły... A szkoda. Płyta naprawdę jest dobra. Mało osób ją chwali, czego nie rozumiem.

Właśnie... jaka płyta? Morbid Angel oczywiście i Illud Divinum Insanus. Co znaczy tytuł? Nie mam pojęcia (:
Kto ma ochotę odsyłam do mojej recenzji, która znajduje się pod tym linkiem.

środa, 8 czerwca 2011

Nieważne jak wysoko jesteśmy...

Myslovitz. Nie spodziewałem się takiej płyty. Nie sądziłem, że porwę się na napisanie o nowej płycie mysłowickich chłopaków. A jednak... Istnieją prawie 20 lat i właśnie wydali najlepszy album w swojej dotychczasowej karierze. Warto posłuchać! Moja recenzja Nieważne jak wysoko jesteśmy... znajduje się tutaj.







Do singla "Ukryte" nakręcono również poniższy teledysk.


niedziela, 29 maja 2011

Here is Where We Used to Sing, kolejne arcydzieło Fovea Hex


Tajemniczy projekt niezapomnianej Clodagh Simonds oraz jej przyjaciół zaskoczył mnie po raz kolejny. Od czasów fantastycznej trylogii Neither Speak Nor Remain Silent śledzę ich każdy występek. Jakiś już czas temu ukazał się bardzo dobry 7" singiel Every Evening Gone, nagrany wspólnie z nie mniej oryginalnym i twórczym Andrew Lilesem. Zaś w ubiegłym roku, tuż przed samym Bożym Narodzeniem Fovea Hex udostępniła do pobrania dwa ciekawe muzyczne drobiazgi "Carol X X I : X I I : X" i "Lullaby X X I : X I I : X" - cyfrowe wydawnictwo nosiło nazwę Hail Hope!.

Czułem, że nowa płyta "wisi" w powietrzu. Tak też się stało pod koniec kwietnia. Wyszła w zasadzie pierwsza długogrająca płyta Fovea Hex zatytułowana Here is Where We Used to Sing.
Po wcześniejszych, imponujących dokonaniach czułem, a co więcej – byłem pewien, że ten i każde kolejne muzyczne (arcy)dzieło sygnowane Fovea Hex będzie czymś magicznym i wyjątkowym. Tak też się stało. Jak na razie, dla mnie jest to najlepsza płyta tego roku i piękne otwarcie nowej dekady. To muzyka taka, jaką kocham, jakiej oczekuje i jakiej niestety jest coraz mniej.

Albumu można w całości odsłuchać oraz zakupić w plikach w tym miejscu.
Tradycjonalistów odsyłam do sklepu Janet Records, gdzie można nabyć opisywane wydawnictwo, także w wersji limitowanej, rozszerzonej o drugi dysk (zawierający remiksy) Three Beams.

Zainteresowanych zapraszam również do lektury mojej recenzji Here is Where We Used to Sing na łamach Artrock.pl.

niedziela, 22 maja 2011

Ostatnie recenzje

W ostatnich tygodniach na łamach muzycznego portalu Artrock.pl zamieściłem kilka swoich płytowych recenzji:
Nowy projekt Tima Bownessa i Giancarlo Erry (Nosound):
Memories Of Machines - Warm Winter
Omar Rodríguez-López - Telesterion,
czyli retrospektywna kompilacja nietuzinkowego gitarzysty. A na deser najnowszy album szwedzkiego Paatos - Breathing, oraz dwa single:
Steven Wilson / Oceansize - Stoneage Dinosaurs / Fear
Radiohead - Supercollider / The Butcher


Zapraszam do lektury!

sobota, 23 kwietnia 2011

Roger Waters, The Wall Live, Łódź, 19 kwietnia 2011


Ostatnie dni obfitują w znakomite koncerty, zacnych artystów. Jeszcze nie opadły emocję po warszawskim koncercie Blackfield, to we wtorek przeżyłem dotychczasowy koncert życia Rogera Watersa.
Moja relacja z The Wall Live znajduje się na stronach Artrock.pl. Kilka fotek autorstwa Darka Kawki możecie zobaczyć na przykład tutaj.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Blackfield, Progresja, Warszawa 14 kwietnia 2011

Zapraszam do przeczytania mojej relacji z czwartkowego koncertu Blackfield. Oj działo się w warszawskiej Progresji. Zapraszam do lektury!

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Jak Pioneer i serwis RAGZ traktuje klientów

Czyli opis własnych doświadczeń. Chyba powinno być jak to jest zrobić klienta w ch... Ale po kolei, zapraszam.

Opiszę kilka moich przygód z pewnym koncernem elektronicznym. 24 stycznia zdecydowałem się na zakup nowego odtwarzacza DVD. Nie chciałem kupować Blu-Ray, nie jest mi do niczego w tej chwili potrzebny. Mam jeden odtwarzacz, który czyta DVD-Audio i SACD oraz świetny, choć nie pierwszej młodości odtwarzacz CD Technicsa (sprawuje się znakomicie, ale Niemcy wiedzieli, co konstruują). Aby odciążyć tego pierwszego do samych płyt DVD-Video, DVD-R nabyłem nowy – Pioneer DV-420 w kolorze srebrnym. W stacjonarnych zdzierających sklepach kosztuje ok. 400 PLN (sorry – 399), ale na Allegro znalazłem za 319 PLN. Wpłata i szybka wysyłka, dobrze zapakowana. Ucieszyłem się, bo DVD posiada jeszcze gniazdo USB. Podłączyłem kabelkiem HDMI (stary jest na SCART), który wg mnie wcale nie jest taki dobry. Jeśli macie świetny analogowy kabel SCART (popularne Eurozłącze) to nie polecam HDMI. W sumie to kwestia gustu, ale czy jest lepiej? Mam zgoła odmienne zdanie. Ale idźmy dalej. DVD jako tako działało, ale używałem go sporadycznie. Nagle na początku marca zauważyłem, że ma problem z napędem. Płyty jakby do końca się nie zatrzymywały, nośnik obijał się gdzieś w napędzie. Oczywiście porysował mi kilka płyt (w tym miejscu gdzie nośnik opiera się w napędzie). 8 marca zgłosiłem się do serwisu. Że mieszkam w Łodzi to naprawą sprzętu Pioneera zajmuje się firma RAGZ. Sprawdzam w sieci gdzie znajduje się siedziba – strona DSV oficjalnego dystrybutora sprzętu m.in. Pioneer oraz Centrum Serwisowe „Tele Radio Video” podają adres: ulica Okrężna 16. No to jadę, wydawało mi się, że są to źródła wiarygodnie. Oczywiście żałuję, że nie zadzwoniłem. No, ale co tam. Jadę. Mieszkam na Teofilowie, więc kto choć trochę zna Łódź, wie jakie to za przeproszeniem zadupie ta Okrężna. Jadę ok. 15 km oczywiście korzystając z komunikacji miejskiej, bo nie mam własnego samochodu. No niestety. Na miejscu okazuje się, że jest to prawna siedziba RAGZ. Odsyłają mnie na... Al. Piłsudskiego 143. Jadę, to z Okrężnej jakieś 11 km, ale komunikacją miejską w tych rejonach dosyć ciężko się podróżuje. Docieram na miejsce. Hurra! Tłumacze Pani w punkcie przyjęć, co jest nie tak, jak się zachowuje czytnik. Wpisuje odręcznie (akurat popsuła się drukarka, komputer i cały system!) protokół oddania. Mówi mi, że gdy sprzęt zostanie naprawiony ktoś od nich do mnie zadzwoni lub wyśle mi SMS albo e-maila. Wracam do domu – 12 km. Aby oddać sprzęt musiałem przyjechać ponad 38 kilometrów! Był to 8 marca. Rzekomo mają 14 dni na naprawę, ale jak powiedziano mi w Centrali DSV to nie prawda, nie ma takiego terminu. Pani powiedziała, że sprzęt, zwłaszcza gwarancyjny ma być naprawiony najszybciej jak to możliwe. Każdy mówi co innego... Czekałem ponad tydzień, nikt nie zadzwonił. No to próbowałem się dodzwonić – nie udało się. Więc wysłałem maila i odpowiedź dostałem dosyć szybką, bo chyba po 2-3 minutach, że sprzęt jest do odbioru. Kilka razy dopytywałem się czy, aby na pewno wszystko działa dobrze. Zapewniano mnie, że tak. 16 marca pojechałem do RAGZ, aby odebrać odtwarzacz. Krew mnie zalała, bo w karcie gwarancyjnej wpisano „regulacja/zgodna ze specyfikacją” – a jeszcze bardziej termin wykonania – 9 marca! Naprawa trwała niecały dzień, bo odwiozłem go 8 po południu. Leżał tam przez tydzień i czekał na odbiór, a RAGZ nawet mnie o tym nie poinformował. Pewnie leżałby drugie tyle gdybym się sam po niego nie upomniał. Odebrałem rzekomo naprawiony i wyregulowany odtwarzacz i wróciłem do domu. Ucieszyłem się, jednak moja radość nie trwała zbyt długo. Owszem, może ciut lepiej czytał płyty ale... w sprawie wyciągania płyty z tacki nic się nie zmieniło, naprawa/regulacja kompletnie nic nie pomogła. Dalej, aby wyjąć bezpiecznie płytę musiałem odczekać 2-3 minuty, aż ta sama się zatrzyma. Wtedy bez uszkodzenia mogłem wyjąc nośnik z napędu tak, aby nie wpadał w wibracje. Oczywiście zaraz chciałem się skontaktować z serwisem. Wysłałem oficjalnie pismo do RAGZ z kopią do Centrali Serwisowej, biura handlowego DSV w Warszawie oraz biura i centrali dystrybucyjnej DSV w Gdyni. Oczywiście odpowiedzi żadnej nie dostałem, kompletnie nic. Prosiłem o kontakt, podałem numer telefonu i nic. Więc pogodziłem się z tym, jakoś przeżyję to kilkuminutowe oczekiwanie na zatrzymanie się płyty w napędzie.
Nadmienię, że sprzęt z serwisu RAGZ wrócił do mnie mocno ubrudzony od spodu jakąś śmierdzącą mazią....
Na tym kończy się pierwszy etap mojej przygody. Korzystałem ze sprzętu kilka dni, obejrzałem parę filmów. Już nie wkładałem do niego oryginalnych płyt, wszystko musiałem przegrywać, więc było to i kosztowne i mało wygodne. No, ale co zrobić? Bałem się o kolekcję oryginalnych płyt, a „zgodnie z punktem 8 gwarancji nie przewiduje się żadnych odszkodowań”.
30 marca odtwarzacz zaczął rysować soczewką płyty! No to już było przegięcie, bo rozumiem jakby się popsuł, ale on zaczął ryć soczewką okręgi na płycie. Tak załatwił mi dwie płyty DVD-R.. Wykonałem masę telefonów, do dystrybutora, serwisu RAGZ i Centrali Serwisowej „Tele Radio Video”.
Poradzono mi... oddać ponownie sprzęt do serwisu. Do tego odbierająca telefon w Gdyni (centrala serwisowa) kobieta była strasznie chamowata! Zaproponowała mi, że jak mi się nie podoba serwis RAGZ to mogę do nich wysłać sprzęt... na własny koszt. Paranoja, że mam jeszcze dopłacać do sprzętu na gwarancji koszta transportu. Stwierdziła, że inaczej by im się nie opłacało, że tak teraz jest, że takie są zalecenia i wytyczne producentów i dystrybutorów sprzętu. O czymś takim jak gwarancja door-to-door nie słyszała. Stwierdziłem, że nie mam zamiaru do tego interesu dopłacać, że mogę wysłać, ale pod warunkiem, że mi potem te koszta oddadzą. Odpowiedź była taka, że jak mi się nie podoba to proszę iść do RAGZ i się Pani wyłączyła. Pani z biura DSV powiedziała, że to dziwne i poleciła mi, abym skontaktował się z dyrektorem „Tele Radio Video” p. Tadeuszem Wernerem (nazwisko podaję ponieważ na tego pana zarejestrowana jest wspomniana firma). Ale on w pracy miał być dopiero w poniedziałek 4 kwietnia. Podziękowałem i zawiozłem sprzęt do RAGZ. Zostawiłam tam całość plus wspomniane dwie zniszczone płyty. Po powrocie do domu wysłałem parę maili z kopiami, jak wcześniej. Wykonałem kolejny telefon do DSV i Pani powiedziała mi, że też przekazała sprawę p. Wernerowi i w razie czego RAGZ prześle mój odtwarzacz do ich serwisu.
W poniedziałek zadzwoniłem do p. Wernera z „Tele Radio Video”. Sprawę zna, ale okazało się, że z tego co on wie... mój odtwarzacz jest już naprawiony przez RAGZ i nie będzie do nich przesyłany. Ehhh....
Zapytałem też o kilka szczegółowych informacji, których udzielono mi w Federacji Konsumenckiej. Pan się zdziwił i powiedział, że wcale nie mają obowiązku wymiany sprzętu na nowy po drugiej naprawie. Sprzęt będzie naprawiany do momentu aż będą dostępne części i będzie to opłacalne. Wymienić mi mogą wtedy gdyby naprawa była nieopłacalna lub... zabrakłoby części. Więc nie wiem już jak to jest z tym, że po 2 naprawie tego samego elementu mam prawo żądać wymiany nowego sprzętu, a po 3 zwrotu gotówki.
No i poruszyłem też sprawę danych teleadresowych podawanych na stronach DSV i Centrali „Tele Radio Video” dotyczących RAGZ. Pomimo moich uwag do dziś widnieje tam adres ulicy Okrężnej.
W dniu 4 kwietnia, koło południa zadzwoniono do mnie z RAGZ z informacją, że... sprzęt jest naprawiony i czeka do odbioru. Pojechałem... Kolejna niespodzianka – panie wpadły w popłoch, bo okazało się, że mojego sprzętu nie ma, że został wysłany do Gdyni. No to mówię, że miałem rano telefon od nich, że sprzęt czeka do odbioru. Zdziwienie – więc pokazuje telefon i połączenia przychodzące. Jedna z Pań mówi, że to... nie ich numer. Długo nie myśląc oddzwaniam i odzywa się automat: „Serwis RAGZ, pracujemy bla bla bla”. Okazało się, że to jednak jest ich numer. 2, 3, 4, 5 minut... panie obie wracają z poszukiwania mojego odtwarzacza. Mówią, że miał rzeczywiście zostać wysłany do Centrali w Gdyni, ale po konsultacji techników stwierdzono, że jest ok. Wszystko super myślę. Była już 17, więc serwis zamykany, ale poprosiłem czy mogę sprawdzić jak działa. Wydawało mi się, że w porządku. Towar zapakowałem i wróciłem do domu.
Odczekałem godzinkę, aby się zagrzał, bo chłodno dziś i wilgotno. Podłączam, chce coś obejrzeć. Ale profilaktycznie po zakończeniu oglądania oglądam spody płyt. W domowym świetle coś mi się wydało podejrzane. Ochuchałem płytkę jak okulary i ukazał mi się piękny aczkolwiek delikatny okręg wyryty najprawdopodobniej przez soczewkę. Coś pięknego, druga naprawa i w zasadzie nic nie zostało zrobione. Jedynie wyeliminowano fakt, iż płyta nie wpada w takie drgania, jak początkowo. Reasumując druga naprawa (regulacja) nic nie dała. Po wyjęciu płyty prawie nic nie widać, ale po obejrzeniu nośnika pod lampką (halogen na biurku + lekko ochuchałem do zdjęć) widać delikatne otarcia... Zresztą zamieszczam poniżej zdjęcia.
Posłałem znów listy, załączyłem zdjęcia. Czekam na rozwój sytuacji. Ale jak widzę i czuję jestem kompletnie olewany. Ja jestem tylko jednym klientem, myślę, że takich mają wielu....
Przepraszam za chaos, jaki wdarł się do mojej opowieści. Ale niech każdy się dwa razy zastanowi, jaki kupuje sprzęt i do jakiego serwisu go oddaje. W moim przypadku wygląda na to, że są to moje ciężko zarobione pieniądze wyrzucone w błoto. Których nikt mi nie wróci. Jeśli ktoś chciałby jakoś pomóc to zapraszam do kontaktu. Mam w domu 20 letni gramofon Pioneera, ciut młodszy magnetofon i 6 letni amplituner. Działają znakomicie. Dwa pierwsze sprzęty mają napisane „Made in Japan”. Nowy DVD wyprodukowali na Tajwanie. Star dobry Denon to z kolei teraz „Made in China”...
Smutne to to.


A na koniec obiecane zdjęcia:

przed naprawą (pomiędzy pierwszą, a drugą naprawą)






















po (drugiej) naprawie




środa, 30 marca 2011

DVD Pionner DV-420 - NIE KUPUJ!

Niech Was ręka boska broni aby kupować to gówno! Dlaczego? O tym niebawem...

piątek, 25 marca 2011

Ostatnio obejrzane

Najlepsze filmy jakie obejrzałem w ostatnich tygodniach:

1. Roman Polański - Autor Widmo (The Ghost Writer), 2010
2. Tom Hooper - Jak zostać królem (The King's Speech), 2010
3. Jacek Borcuch - Wszystko, co kocham, 2009 *
4. Martin Scorsese - Wyspa tajemnic (Shutter Island), 2010
5. Marcin Wrona - Chrzest, 2010
6. Antoni Krauze - Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł, 2010
7. David Fincher - The Social Network, 2010
8. Werner Herzog - Synu, synu, cóżeś ty uczynił? (My Son, My Son, What Have Ye Done), 2009
9. Christopher Nolan - Mroczny rycerz (The Dark Knight), 2008
10. Florian Henckel von Donnersmarck - Turysta (The Tourist), 2010


* - koniecznie polecam (!) OST Daniela Blooma.

wtorek, 22 marca 2011

Juho the Panda - Brothers

Znalazłem na zaprzyjaźnionym blogu Soinoise. Słucham od dwóch dni i jest naprawdę super. 55 minut i osiem czarujących utworów. Jest delikatnie, jest energetycznie, miejscami bardzo mocno i gitarowo, bardzo fajna elektronika.
Co tu dużo pisać - trzeba koniecznie posłuchać.

Rozejrzyjcie się też na stronie projektu. Album można też pobrać bezpośrednio stąd.

środa, 2 marca 2011

wtorek, 1 marca 2011

Nowe recenzje: "The King Of Limbs" i "Drzewa"

Zapraszam do lektury moich dwóch recenzji, które w ostatnim tygodniu zamieściłem na łamach portalu Artrock.pl. Pierwszy tekst dotyczy solowej płyty Wojciecha Hoffmanna - Drzewa, drugi The King Of Limbs - najnowszego albumu Radiohead.

piątek, 25 lutego 2011

poniedziałek, 21 lutego 2011

Kordian Trudny - 58-300 [EP]

Jeden z kodów pocztowych do Wałbrzycha to 58-300. Teraz te liczby nabierają nowego znaczenia. W ubiegłym roku tamtejszy zespół Kordian Trudny wydał EP zatytułowaną właśnie 58-300. Jeden utwór, nieco ponad 16 minut. Trudno ich pomysły wsadzić do jakiejś szufladki. Jest trochę rockowo, trochę elektronicznie no i dużo, dużo bardzo fajnych - momentami wręcz śmiesznych sampli. Sądząc po opisie załączonym do wydawnictwa mają dobre poczucie humoru.
Utwór składa się z sampli pochodzących m.in. z filmów, audycji radiowych czy znanych polskich piosenek. Kordian Trudny nadał temu nową jakość. Polecam posłuchać materiału. Zainteresowanych odsyłam do "Wuja Googla" albo do portali społecznościowych.

Materiał można pobrać tutaj.

niedziela, 20 lutego 2011

PJ Harvey "Let England Shake"

Przed kilkoma dniami na sklepowych półkach znalazł się świeżutki, ósmy z kolei album PJ Harvey. Z nowym Dziełem (przez duże, ogromnie "de") – Let England Shake zaznajamiam się od dnia premiery codziennie. Słucham dniami i nocami, na kolanach, ze szczęką na podłodze. Dlaczego? Nie pytajcie – bo sam nie wiem – lecz zakosztujcie sami. Zawsze lubiłem i ceniłem dokonania Harvey. Raz trafiały do mnie bardziej, jak na przykład Rid of Me, czy bardzo osobisty White Chalk, czasami trochę mniej - A Woman A Man Walked By nagrany w duecie z Johnem Parishem. Przy pierwszym kontakcie Let England Shake bardzo mi się spodobał, przy drugim odsłuchu jeszcze bardziej, zaś przy trzecim zakochałem się w tej płycie. Po kilku dniach i kilkunastu przesłuchaniach znalazłem się w szalonym wirze miłości i kultu tego wydawnictwa. Ale do rzeczy.

Nowe piosenki swój wyjątkowy klimat mogą z całą pewnością zawdzięczać miejscu nagrania nowej płyty. Let England Shake powstawało się wiosną 2010 roku w malowniczym, XIX-wiecznym kościele osadzonym na szczycie klifu w hrabstwie Dorset. I tym razem przy pracy nad nowymi kompozycjami pomogli jej stali współpracownicy: Mick Harvey, John Parish oraz Flood. Płyta od strony tekstowej ma charakter bardziej uniwersalny. Artystka poruszyła tematy dotyczące jej ojczystego kraju oraz wydarzeń dziejących się obecnie na Świecie, m.in. wojny w Iraku i konfliktu w Afganistanie. Można śmiało stwierdzić, że Polly Jean odeszła od tekstów dotyczących "jej" na rzecz tego, co dziele się "wokół niej". Próbuje zamanifestować swój sprzeciw wobec doczesności, ale nie wykrzykuje pustych, acz głośnych sloganów – czyni to w sposób bardziej przemyślany. Próbuje być trochę jak T.S.Eliot w swojej późniejszej twórczości. W warstwie muzycznej raczy nas z jednej strony ślicznymi melodiami, z drugiej zaś kaleczy te dźwięki – co jest naprawdę fascynujące. Podobnie jak w poemacie Ziemia jałowa Eliota, tak i tutaj – nic nie dzieje się przypadkowo i wszystko ma swój zaplanowany sens oraz porządek. Jest tutaj gitara, prosty podkład perkusyjny, śpiew przeplatany melorecytacją. Niby prostota i nic specjalnego tak można rzecz. Ale w tym gąszczu pozornie łatwych dźwięków czają się prawdziwe perełki jak np. trąbka w "The Glorius Land" czy genialnie zaśpiewany "All and Everyone" gdzie kilka razy fantastycznie spowalnia melodia, a PJ leniwym, spokojnym głosem śpiewa: Death was in the staring sun,/fixing its eyes on everyone./It rattled the bones of the Light Horsemen/still lying out there in the open [...]Death to all and everyone.
Na tej płycie rytm i melodie mają różne płaszczyzny. Kolejną genialną piosenką jest surowy i pogłosowy "On Battleship Hill". W tym utworze zaskakująca jest zmiana maniery wokalnej artystki, która pojawia się na początku, nim dołączają do niej męskie głosy należące do Parisha, Harveya oraz perkusisty Jeana-Marca Butty’ego. W utworze "England" pojawia się znowu niestabilna melodia, poprzetykana przesterowanymi dźwiękami trąbki, oraz pianinem Rhodes. Poza klasycznym i wspomnianym wyżej instrumentarium Harvey wykorzystała w studiu: organy, skrzypce, mellotron, ksylofon, ludową cytrę oraz auto-harp (najczęściej 36 lub 37 strunowy instrument, podobny do cytry; dla ciekawych odsyłam do Googla) oraz pierwszy raz – saksofon, na którym gra sama i pojawia się aż w pięciu kompozycjach.

Po raz kolejny Polly udowodniła, że talent i pomysły jej nie opuszczają. Że jest artystką po prostu perfekcyjną. Że warto czekać na jej nowe wydawnictwa. Na tym albumie czuć folklor Anglii, śmiało stwierdzam, iż płyta jest na wskroś przesiąknięta Wielką Brytanią Jej Królewskiej Mości Polly Jean Harvey. Słabe strony Let England Shake? Brak. Wiem, że jeszcze za wcześnie na wybór płyt roku, ale ta na pewno znajdzie się w moim zestawieniu. Jest to z całą pewnością jedna z najciekawszych płyt tego roku, a ponadto, piękne muzyczne otwarcie kolejnej dekady.
Przyznam szczerze, że nie łatwo było napisać recenzję tego albumu. I to nie tylko dlatego, że wciąż – nie mogąc wyjść z podziwu siedzę na kolanach. Wierzcie mi, że ciężko przełożyć piękno tej muzyki na zwykłe słowa. Proponuję przekonać się na własne uszy, serce i umysł. Odważni też mogą napisać recenzję...




Recenzja ukazała się na łamach portalu Artrock.pl

środa, 16 lutego 2011

The King Of Limbs - nowy album Radiohead już w sobotę

Już w najbliższą sobotę 19 lutego ukaże się najnowsza płyta Radiohead. Wydawnictwo The King Of Limbs najpierw będzie dostępne na stronie TheKingOfLimbs.com (19 lutego), a następnie trafi na nośnik fizyczny (9 maja) w formie... gazety. W skład "fizycznego" zestawu wejdą: dwa 10-calowe winyle, CD oraz zbiór różnych, mniejszych lub większych, grafik. Wszystko to zostanie opakowane w specjalne pudełko, wykonane z biodegradowalnego materiału. Dodatkowo, jedna losowo wybrana osoba zostania obdarowana przez grupę dodatkową płytą winylową z dwoma piosenkami. Każdy, kto złoży zamówienie na fizyczną wersję albumu, już od najbliższej soboty będzie mógł legalnie pobrać materiał ze wspomnianej wyżej strony.

Podobnie jak w przypadku poprzednika - In Rainbows nowy album wyda wytwórnia XL Recordings w tradycyjnej formie CD i na 12-calowym winylu. Premiera zaplanowana jest na 28 marca. Naturalnie od najbliższej soboty, The King Of Limbs będzie można zakupić także w samym wydaniu cyfrowym.

Zespół Radiohead może prowadzić własną politykę wydawniczą, ponieważ nie jest związany kontraktem z żadną wytwórnią. Mimo iż cena za pobranie elektronicznej wersji albumu The King of Limbs należy do najniższych na rynku elektronicznej dystrybucji nagrań muzycznych za kompletną płytę, to oferta grupy nie przypomina tej, którą Radiohead przedstawiło swoim fanom 10 października 2007 r. wraz z premierą poprzedniego albumu "In Rainbows" .Przypomnijmy, że wtedy każdy mógł pobrać album za dowolnie zaoferowaną kwotę, nawet za darmo. Już w dniu premiery pobrano rekordową ilość albumu - milion dwieście tysięcy kopii. Mimo "darmowej" opcji wpływy przekroczyły dotychczasowe dochody grupy ze sprzedaży elektronicznej wszystkich wcześniejszych płyt razem wziętych.

Oj będzie się działo. Warto było czekać! Niecierpliwie wypatruję soboty.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Blackfield



Bileciki już czekają. Odliczam dni...

niedziela, 6 lutego 2011

Ostatnio słuchane

1. Wojciech Hoffmann - Drzewa
2. Rush - Vapor Trails
3. Rush - Beyond The Lighted Stage (DVD)
4. Porcupine Tree - Fear of the Blank Planet
5. Goldfrapp - Seventh Tree
6. Sigur Rós - Ba Ba Ti Ki Di Do
7. Robert Fripp - Love Cannot Bear
8. Closterkeller - Graphite
9. Yes - Tales From Topographic Oceans
10. Klaus Schulze - Moonlake

czwartek, 6 stycznia 2011

Zmarł Mick Karn

Mick Karn 24 lipca 1958 – zm. 4 stycznia 2011


Pierwszy post w tym roku i niestety bardzo smutny. Andonis Michaelides, znany w rockowym świecie jako Mick Karn, muzyk m.in. Japan, Rain Tree Crow i Dali's Car, przegrał przedwczoraj toczoną od miesięcy walkę z rakiem. Mick zmarł we śnie o 16:30 4 stycznia 2011.

W czerwcu 2010 r. Mick Karn ogłosił na swojej stronie internetowej, że wykryto u niego chorobę nowotworową; według jego przyjaciela, gitarzysty Davida Torna, chorobę wykryto w zaawansowanym stadium, prawdopodobnie pojawiły się też przerzuty. Dokładny rodzaj nowotworu, na jaki cierpiał muzyk, nie został podany do publicznej wiadomości.

Karn był muzykiem-samoukiem; nigdy nie nauczył się czytać nut, grał ze słuchu. Jego pierwszym instrumentem był fagot; potem opanował grę na instrumencie, który stał się jego głównym, bezprogowej gitarze basowej; nowatorski, nietypowy sposób gry Micka stawiano na równi z innowacyjnym sposobem gry Jaco Pastoriusa. Grał też m.in. na oboju i instrumentach klawiszowych. Oprócz zajmowania się muzyką, był także rzeźbiarzem.

Był to jeden z najlepszych basistów na świecie. Poniżej fragment koncertu JBK (Jansen/Barbieri/Karn) z Japonii z 1997 roku; utwór "Plaster The Magic Tongue". Pojawia się tam także saksofonista Theo Travis oraz grający na gitarze Steven Wilson.