Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lutego 2011

Kordian Trudny - 58-300 [EP]

Jeden z kodów pocztowych do Wałbrzycha to 58-300. Teraz te liczby nabierają nowego znaczenia. W ubiegłym roku tamtejszy zespół Kordian Trudny wydał EP zatytułowaną właśnie 58-300. Jeden utwór, nieco ponad 16 minut. Trudno ich pomysły wsadzić do jakiejś szufladki. Jest trochę rockowo, trochę elektronicznie no i dużo, dużo bardzo fajnych - momentami wręcz śmiesznych sampli. Sądząc po opisie załączonym do wydawnictwa mają dobre poczucie humoru.
Utwór składa się z sampli pochodzących m.in. z filmów, audycji radiowych czy znanych polskich piosenek. Kordian Trudny nadał temu nową jakość. Polecam posłuchać materiału. Zainteresowanych odsyłam do "Wuja Googla" albo do portali społecznościowych.

Materiał można pobrać tutaj.

sobota, 18 grudnia 2010

Płyty 2010 - zestawienie najciekawszych

Płyta roku:













Massive Attack - Heligoland


Autechre - Oversteps
Laurie Anderson - Homeland
M.I.A. - Maya
Sade - Soldier of Love
Shearwater - The Golden Archipeligo
Oceansize - Self Preserved While the Bodies Float Up
Amy Macdonald - A Curious Thing
Woven Hand - The Threshingfloor
Goldfrapp - Head First
Foals - Total Life Foreve
LCD Soundsystem - This is Happening
Venetian Snares - My So-Called Life
Hans Zimmer - Inception (OST)
Lunatic Soul - Lunatic Soul II
The Legendary Pink Dots - Seconds Late For The Brighton Line
Swans - My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky
The Silverman - Time On Thin Ice
Meat Beat Manifesto - Answers Come In Dreams
The Ocean - Heliocentric
Burzum - Belus
Cyclobe - Wounded Galaxies Tap at The Window
Larsen / Nurse With Wound - Erroneous, a Selection of Errors
Mike Patton - Mondo Cane
Brendan Perry - Ark
Bryan Ferry - Olympia

Wznowienia:
Still Light - Lything
King Crimson - In The Wake of Poseidon
King Crimson - Islands
IEM - Complete IEM
No-Man - Wild Opera
Caravan - The World Is Yours: The Anthology 1968-1976
Charanjit Singh - Ten Ragas to A Disco Beat

DVD:
Porcupine Tree - Anesthetize
Lasse Hoile - Steven Wilson: Insurgentes
Meshuggah - Alive
Coma - Live

Mieszane odczucia:
(?) Squarepusher - Shobaleader One: D'Demonstrator
(?) Arcade Fire - The Suburbs
(?) The Orb / David Gilmour - Metallic Spheres
(?) Peter Gabriel - Scratch My Back

Do końca mnie nie przekonało... czyli pół na pół:
(+/-) Orphaned Land - The Never Ending Way Of ORwarriOR
(+/-) The Pineapple Thief - Someone Here Is Missing
(+/-) Pain of Salvation - Road Salt One
(+/-) Joanna Newsom – Have One on Me
(+/-) Jamiroquai - Rock Dust Light Star

Zawód:
(-) Anathema - We're Here Because We're Here

Najlepsza okładka:













Shearwater - The Golden Archipeligo


Odkrycia i zaskoczenia:
Ektoise (album: Ektoise)
Pineal Eye (album: II)
Catherine Christer Hennix (album: The Electric Harpsichord)

Polska(czyli kategoria której w ogóle powinno tutaj nie być. Bo? Bo muzyka nie zna granic):
Ale poza kilkoma płytami, w tym roku nie wiele płyt wybiło się na światowy poziom... W ubiegłym roku faworytką całości roku była Anita Lipnicka i jej Hard
Land of Wonder
. W tym roku jest nieco gorzej.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje Mariusz Duda i jego druga płyta projektu
Lunatic Soul, a poza tym:
(+) Robert Gawliński - Kalejdoskop
(+) Grzegorz Turnau - Fabryka klamek
(+) Limited Liability Sounds - Minimus Clangor
(+) Kim Nowak - Kim Nowak
(+) SBB - Blue Trance
(+) L.U.C. - PyyKyCyKyTyPff
(+) De Press - Myśmy Rebelianci
(-) Dezerter - Prawo do bycia idiotą (niestety, się rozczarowałem...)
Nie liczę trzech odsłon łódzkiej Comy: angielskiego Excess, koncertowego Live i koncertowo-symfonicznego... Symfonicznie. Czekam na nową studyjną płytę!

Trochę się tego nazbierało. Był to dobry rok, było dużo rzeczy naprawdę genialnych, ale nie obyło się bez pozycji słabszych. Był to też rok wielkich powrotów: Sade, Brendan Perry, Massive Attack czy Laurie Anderson. I zawsze w tym miejscy wypada się zastanowić jaki będzie rok kolejny - 2011. Jaki? To się okaże, a mam nadzieję, że nie gorszy. Wszystkiego dobrego!

poniedziałek, 6 grudnia 2010

sobota, 4 grudnia 2010

Sobotnie słuchanie



Małe odświeżenie, tak przekrojowo. Płyty roku? Już niebawem, ale co do płyty roku to powyższy obrazek może być małą wskazówką... (Massive Attack Collected)

I coś, czym umilam sobie czytanie "Stukostrachów" Kinga - Nadja Skin Turns To Glass.

czwartek, 1 lipca 2010

Józef Skrzek - Wojna Światów

Każdy szanujący się fan muzyki powinien znać tego znakomitego artystę i multiinstrumentalistę chociażby z zespołu SBB oraz grupy Czesława Niemena (m.in. wspólny, genialny album Ode to Venus z 1973 roku). Józef Skrzek, bo o nim mowa to jeden z moich ulubionych artystów i to nieważne, w jakim projekcie się udziela. Dzisiaj zwrócę się ku jego solowej twórczości, którą nieprzerwanie, począwszy od 1979 roku (album Pamiętnik Karoliny) kontynuuje. Mimo upływu lat, jego muzyczna twórczość ciągle ewoluuje i naprawdę nieraz mocno zaskakuje. Podobnie jak w przypadku SBB najbardziej cenię - choć to nie jest dobre słowo, bo wszystkie jego płyt są godne uwagi - wczesne albumy.
W moim odczuciu jedną z najlepszych płyt w solowym dorobku Skrzeka, jak i całej polskiej muzyki lat ’80 jest album Wojna Światów – Następne Stulecie. Dzisiaj niestety jest to album trochę zapomniany. O ile wiem na CD (jako osobne wydawnictwo) wznawiany był tylko raz (Yesterday, 2005). Znalazł się także w dwudziestopłytowym boksie-antologii artysty zatytułowanym Viator 1973-2007 (Metal Mind, 2007), uzupełniony o liczne dodatki. Ja do dzisiaj dysponuję tylko LP (Muza, 1981). Na szczęście płyta ma się bardzo dobrze. Wiem, że było też jedno wydanie kasetowe. Niestety nie pamiętam, kiedy się ukazało i kto je wydał. Jak mniemam była to zapewne Muza Polskie Nagrania i musiało to być gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. To tyle słowem wstępu.

Jak napisano na okładce, jest to muzyka do filmu w reżyserii Piotra Szulkina z 1981 roku o tym samym tytule. Na rewersie koperty wyjaśniono, iż część kompozycji nie pochodzi z filmu, lecz jest inspirowana jego treścią. W samym filmie kilka razy pojawia się sam Skrzek, jako lider zespołu... The Instant Glue. Film Szulkina jest całkiem dobry, a fabuła daje do myślenia. Widziałem go dwa razy, ostatnio chyba trzy lub cztery lata temu. Główną rolę Iron Idema gra niezastąpiony Roman Wilhelmi. Film ma nieco pokręconą fabułę, zwłaszcza przy końcu. Pisząc w skrócie i jednocześnie nie zdradzając szczegółów: na Ziemię przybywają przedstawiciele bardziej rozwiniętej cywilizacji z Marsa. Marsjanie deklarują, że jedyne, czego chcą to miłość i... ludzka krew. Ale fabuła idzie dalej, jest głębsza. Obraz ukazuje wpływ mediów na rzeczywistość, na sposób jej kreowania - zamiast prezentowania. Media i władze agresywnie współpracują z najeźdźcami - organizują aparat przymusowego oddawania krwi i zapewniania Marsjanom miłości przez pozbawienie ludzi tego, co kochali do tej pory. Jeśli kiedyś będziecie mieli okazję zobaczyć ten film to polecam. Poza Wilhelmim pozostała obsada jest też doborowa: Janda, Dykiel, Tym, Walczewski, Gajos, Pyrkosz. Film powstał jako komentarz do sytuacji politycznej i medialnej w roku 1981, jednak mimo upływu ćwierć wieku jego aktualność rośnie zamiast maleć. Jego premiera odbyła się dwa lata później, zimą 1983 roku.
Płyta została wydana wcześniej, można powiedzieć, że od razu. Z racji stanu wojennego (chyba) wszystkie egzemplarze Wojny Światów posiadają tzw. okładki zastępcze. O co chodzi? Ponieważ był problem z papierem i ogólna sytuacja gospodarcza państwa była dosyć kryzysowa, postanowiono używać okładek dwa razy. Był to swoisty socrealistyczny recykling. Te które były już wydrukowane drukowano na nowo, po drugiej stronie. I tym sposobem, moja Wojna... została wydana w okładce od LP Bractwa Kurkowego. Wiem, że były też egzemplarze wydane w okładkach przerobionych z płyt Violetty Villas oraz Ireny Santor. Papier nie jest najlepszej jakości, podobnie z drukiem. Do myślenia daje fakt, że okładka drukowana była tylko czarnym drukiem, natomiast Bractwo, czy Cieślak (prawdziwe nazwisko VV) posiadają okładki w pełnym kolorze. Ale cud, że to w ogóle wyszło. Teraz to prawdziwe unikaty; patrząc nawet na półki komisów płytowych czy serwisy aukcyjne to ta płyta Skrzeka jest najciężej zdobywalną. A kupić ją jeszcze w przyzwoitej jakości to podwójny sukces.

Wśród jedenastu utworów można wyłowić tutaj naprawdę genialne fragmenty. LP dobrze współgra jako ścieżka dźwiękowa, czy raczej jak pisałem: uzupełnienie filmu... de facto zainspirowane nim samym. Nie mając pojęcia o istnieniu obrazu, można spokojnie podejść do niej jako do osobnego, pełnowartościowego dzieła. Trzeba też podkreślić, że nie jest to do końca solowa płyta Skrzeka. Mimo, że sygnowana jest jego nazwiskiem pojawia się tam grono zacnych muzyków, m.in. Jan "Kyks" Skrzek - brat Józefa grający tradycyjnie na harmonijce, perkusista Hubert Rutkowski oraz Tomasz Szukalski - jeden z najbardziej utalentowanych polskich saksofonistów. Główny kompozytor, czyli Skrzek poza wokalami gra tutaj na fortepianie, moogach, syntezatorach i gitarze basowej. Na longplayu słychać wyraźne echa rocka przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jazzu i muzyki elektronicznej. Kosmiczna elektronika w fantastyczny sposób łączy się tutaj z saksofonowymi partiami. Te dźwięki mienią się najróżniejszymi, najbardziej pastelowymi kolorami. Śmieszą mnie takie wypowiedzi, że album ten nie należy do ważnych w dorobku Skrzeka, ale potwierdza jego wszechstronne umiejętności jako muzyka rockowego. To jak pisałem nie tylko jedna z najlepszych płyt tego niezwykłego i eklektycznego artysty, ale ważna płyta w polskiej muzyce nie tylko tej z przed trzydziestu lat.

piątek, 18 czerwca 2010

M.I.A. - Maya

Pamiętam jak na początku upalnego lata AD 2005 natrafiłem na album Arular. Megakolorowa okładka, wycięty slipcase, pokręcone rytmy z jeszcze bardziej pokręconymi tekstami. Mocna dawka etnicznych brzmień z potężnymi basami runęła z głośników bardziej niż jakakolwiek płyta tamtego roku. Kryła się pod tym pochodząca ze Sri Lanki niewiasta Mathangi "Maya" Arulpragasam. Nieco ponad dwa lata po debiutanckiej płycie ukazał się jej drugi krążek – Kala, który nagrywała między innymi z Timbalandem. Był to sierpień 2007, za oknem było mniej gorąco, ale zawartość Kali rozgrzewała chyba jeszcze bardziej niż Arular.
Artystka na ten rok zaplanowała powrót z nowym materiałem. Premiera nowej płyty za około miesiąc, ale mi było dane zapoznać się z tym materiałem już teraz. Trzecia płyta zatytułowana Maya, a raczej /\/\/\Y/\ na pierwszy rzut ucha jest... dziwna. Na drugi jeszcze bardziej... Nie ma tutaj tak wielu etnicznych i rytmicznych rytmów, które tak dobrze w padały w ucho. Po pierwszym przesłuchaniu czułem się lekko zawiedziony. Przypomniałem sobie co niektórzy mówili, gdy w kwietniu br. M.I.A. wypuściła singiel "Born Free", okraszony dosyć brutalnym i długim (ponad 9 minutowym) wideoklipem. Nie były to najcieplejsze słowa pod adresem tej hip-hopowej damy i jej muzyki. Co bardziej radykalni przewidywali jej rychły koniec. Mnie akurat singiel się spodobał i wpadł w ucho od razu, bardziej niż cała płyta. Odstawiłem ją na jakiś czas i rozpocząłem słuchanie na nowo. I z każdym razem jest lepiej. Teraz, gdy piszę te słowa uważam Maye za kawał naprawdę świetnej, żywej i świeżej muzyki. Płyta wbrew pozorom jest bardziej równa od dwóch poprzedniczek, ale kompletnie od nich inna. Pisząc inna nie mam oczywiście na myśli tego, że M.I.A. wyskoczyła ze swych żółtych bluzeczek oraz zielonych trampek i wskoczywszy w ciężkie, czarne glany zaczęła grać death metal. Nie, możecie być spokojni. Wydaje mi się, iż przysłużyli się temu klubowi producenci, m.in. DJ Diplo i Rusko. To bodajże najbardziej transowy krążek M.I.A., bardziej do kołysania, a mniej do skakania. Przy następnych odsłuchach naprawdę można się nim zachwycić, ale dopiero z czasem okaże się czy nie męczy. Ponieważ nie było jeszcze premiery, słucham z umiarem. Nie chciałbym, aby mi się zawczasu przejadła.
Na koniec zdradzę jeszcze, że wydawnictwo ma mieć niesamowitą oprawę graficzną.

Ogólna ocena 9+/10

czwartek, 17 czerwca 2010

Kilka płytowych propozycji...

... z ostatnich tygodni. A wybór jest trudny. Nowy Current 93 (i to nie jeden: album Baalstorm, Sing Omega, epka i niby-uzupełnienie albumu Haunted Waves, Moving Graves oraz kolaboracja z Andrew Lilesem), trzypłytowa remasterka Disintegration The Cure, Nadja… No i dalej tak można… Ponieważ o tych i nie tylko o tych wydawnictwach piszę na łamach najnowszej "Dawki Muzyki", tutaj przedstawiam nieco inny ranking. Jeśli to w ogóle można nazwać rankingiem. Ot, co.
Apropo - najnowszy, 4 numer wspomnianej "Dawki Muzyki" powinien ukazać się na dniach. Jak wspomniałem, do najnowszej "DM" napisałem kilka tekstów, w tym m.in. wkładkę poświęconą I.E.M. – jednemu z projektów Stevena Wilsona. Wszystko wskazuje na to, że będzie mi dane pisać teksty i kolejnych "Dawek", co jest dla mnie - nie ukrywam - ogromną przyjemnością.

Jeśli jesteśmy już przy I.E.M. (akronim od słów Incredible Expanding Mindfuck) to przed tygodniem, nakładem holenderskiego ToneFloat ukazał się czteropłytowy box, który jest podsumowaniem tego projektu. Wydawnictwo prezentuje się fantastycznie, płytki zapakowane w okładki imitujące repliki płyt winylowych, a całej antologii towarzyszy przepiękny, sześćdziesięcio stropnicowy album zawierający bardzo klimatyczne zdjęcia. Autorem bookletu jest Carl Glover.
Kto nie zna tego oblicza, jak zawsze eklektycznego Wilsona ma teraz, na nowo szansę się z nim zapoznać. Zawartość boxu to wszystkie wydawnictwa jakie zostały nagrane pod tym szyldem: I.E.M. (1996), An Escalator to Christmas (1999), Arcadia Son (2001) i IEM Have Come For Your Children (2001). Muzyka to najogólniej mówiąc nawiązanie do krautrocka lat '60 i '70. Ale spieszyć się trzeba, gdyż box limitowany jest do 2000 sztuk.

Nową płytę wydał też Pan Sonic – Gravitoni, oraz Chemiczni Bracia. O albumie Further The Chemical Brothers dowiedziałem się dosłownie przed kilkoma dniami i nie mam jeszcze wyrobionego zdania. Nie chcę się też sugerować niczyimi odczuciami. Z tego co zdążyłem już zauważyć to panujący pogląd jest jeden: nuda, nuda, nuda... nic się nie dzieje. Zobaczę jak będzie ze mną. Po pierwszym przesłuchani jest nieźle, ale bez rewelacji. Natomiast w około elektronicznych klimatach świeżutkie LCD Soundsystem (This Is Happening) wbiło mnie w fotel, a fotel wraz ze mną w ścianę. To bodajże najlepsza rzecz, jaką od czasu debiutu pod tym szyldem nagrał James Murphy.



Będąc w domu wracam ostatnio do wczesnego SBB i solowego Skrzeka, głównie do winyli. Powrót do dzieciństwa, podobnie jak z wczesnym "Fishowym" Marillionem i... The Rolling Stones. Przyznaje się, że do Stonsów niegdyś się uprzedziłem. Teraz, dokładnie i po kolei słuchając tych płyt nie jest tak źle. Są albumy naprawdę genialne (Out Of Our Heads, Beggars Banquet czy Let It Bleed z genialnym "You Can't Always Get What You Want"), ale I słabe (Exile On Main Street). Chociaż ta ostatnia jest jak zauważyłem bardzo chwalona przez wyznawców Jaggera i spółki. W drodze, podróżując próbowałem przełknąć nową Anathemę, ale wyjątkowo mi nie wchodzi. W zaciszu domowym także. Za to The Never Ending Way Of OrwarriOR izrealskiego Orphaned Land podoba mi się coraz bardziej. Niestety jeszcze nie tak jak poprzednik Mabool: The Story of the Three Sons of Seven.

I na deser zostały dwie naprawdę mocne pozycje:
Scorn - Refuse; Start Fires. Klasycznie, z klasą i agresją jak na Micka przystało. Drugie danie serwowane jest prosto z Australii. Zwie się Pendulum, a album Immersion. Do momentu aż grupa nie zaprosiła do udziału wspomnianego wcześniej Wilosna nie widziałem o jej istnieniu. To ich trzecia studyjna płyta, a gości na krążku jest więcej. Poza liderem Porcupine Tree jest zespół In Flames oraz Liam Howlett z The Prodigy. Przejdźmy do muzyki, bo to prawdziwy koktajl gatunkowy: elektronika, rock, metal, drum and bass, trance, house, dubstep... Jak to brzmi? Kolokwialnie mówiąc – wali na glebę. Dawno nie słyszałem tak dobrej, pokręconej, ale na swój sposób równej muzyki. Z przyjemnością chciałbym zobaczyć ich na żywo. Szok przeżyłem jak dowiedziałem się, że w pierwszym tygodniu sprzedaży jest to najchętniej kupowany krążek na Wyspach Muzycznych. A muzyka ta do najłatwiejszej nie należy. Poważnie.

wtorek, 18 maja 2010

Kocham winyle



Co jest takiego w tych czarnych i nie tylko czarnych 7, 10 czy 12 calowych krążkach? Przede wszystkim piękno i dźwięk. Nie ukrywam, że większość mojej płytoteki znajduje się na płytach CD (tudzież SACD czy DVD-A). Takie po prostu są czasy i jakby nie patrzeć nie wszystko dostępne jest na winylach. Ale to właśnie do nich mam największy sentyment. Sceptycy mówią, że nieporęczne, że trzeszczą, że coś tam. Tak, trzeba przyznać im rację, że niewątpliwie brzmią inaczej. Według mnie dużo lepiej. Oczywiście, że wszystko zależy od masteringu, od produkcji materiału. Ale ta sama płyta (jeśli chodzi oczywiście o zawartość) ma znacznie lepsze, ciekawsze i cieplejsze brzmienie na analogu niż na srebrnym czy złotym krążku CD. Tak szanowni audiofile – nawet na złotym. A o zgrozo nie ma nic gorszego jak nieudolny remastering z płyty gramofonowej na kompaktową. Najszybszą i prostą metodą jest "czyszczenie" poprzez nadmierne podbijanie wysokich częstotliwości. Taki zapis brzmi nawet nie tyle sterylnie, ile wręcz nienaturalnie. Nie będę tutaj rozpisywał się o historii płyty, o jej specyfikacji technicznej bo o tym możecie poczytać ot w Wikipedii czy na pierwszym lepszym blogu jakiegoś winylomaniaka. Chcę jedynie podzielić się swoimi wrażeniami. Obcowanie, bo do dobre słowo z płytą analogową przyprawia o wypieki już od delikatnego jej wyjęcia z półki i wzięcia w ręce. Piękna, duża okładka, często z różnymi niespodziankami ukrytymi wewnątrz. Choćby nie wiem jak starał się wydawca to nie da Wam tego kompakt. Wystarczy wziąć do ręki chociażby wydanie pierwszej płyty The Alan Parsons Project Tales of Mystery and Imagination (1976), czy płyt Pink Floyd. Jeśli widział ktoś z Czytelników te wydania to wie co mam na myśli. A jeśli do tego widział szesnastopłytowy box z dyskografią Pink Floyd Oh By The Way wydany w 2007 to tym bardziej mnie rozumie. Box ładny, nie można powiedzieć, ale też drogi. A niektóre wydania w postaci mini replica vinyli – koszmar. Czcionka zamazana, nic ni widać, wielkość literek mikroskopijna. Do tego masa błędów w poligrafii. Jako replika winyla na CD dosyć ładna jest remasterka III (1970) Led Zeppelin, ale to dopiero wydanie analogowe z dużą kręcącą się okładką rzuca na oba kolana.

Wróćmy dalej do naszego odsłuchu. Gdy już mamy płytkę w rękach, sprawdzamy wizualnie jej stan, czy nie ma jakiś śladów palców, zbytniej ilości kurzu lub pyłków. Jak dla mnie jedyny minus tych płyt to właśnie ich elektrostatyka, a w rezultacie osiadanie-przyciąganie kurzu. Ale przecież fizyki się nie oszuka. Nastawiamy płytę i zaczynamy odsłuch. Igła przesuwa się po kręcącym nośniku wydobywając przy tym nieprzyzwoicie piękne brzmienie, które co wrażliwsze uszy może doprowadzić do cudownego szału. Do odsłuchu płyt analogowych w odróżnieniu od kompaktów trzeba się bardziej przygotować. Dotyczy to także sprzętu. Poza tym, według mnie to właśnie słuchanie z "placków" uczy prawdziwego słuchania i poznawania muzyki. Wrzucając do napędu płytę CD, czy plik do odtwarzacza często o nim zapominamy, gra sobie gdzieś bezwiednie. Analog znacznie bardziej przyciąga uwagę, do tego szkoda aby grał "na próżno", prawda?
O wszystkie płyty czy inne nośniki, jeśli nam tylko na nich zależy należy dbać. Tak samo jest ze sprzętem. W przypadku płyt gramofonowych jak i samych gramofonów dbać trzeba ciut bardziej. Jeśli dbamy o płyty, kontrolujemy nasz gramofon, mamy dobrą igłę, wkładkę i dobrze wyważone ramie to możemy słuchać spokojnie i długie lata cieszyć się swoimi ukochanymi płytami.

Wybierając się od czasu do czasu na tak zwane miasto, warto rozejrzeć się czasem za jakimś płytami z tzw. drugiej ręki, warto również przeszperać serwisy aukcyjne. Uwierzcie mi, że nierzadko można trafić na naprawdę wspaniałe okazy, w dobrym stanie i za rozsądne pieniądze.

Ostatnio zrobiła się moda na duże krążki. Te już nie tylko są czarne (dlatego celowo nie używam zwrotu "czarna płyta"). Możemy kupić muzykę na czerwonych, białych, zielonych, perłowych.... przezroczystych krążkach. Ba, nawet na kolorowych, przyozdobionych na przykład zdjęciem okładki (są to tzw. "picture disc").
W tej chwili nawet większość nowych płyt wydawana jest równolegle jako edycje kompaktowe i winylowe. Niestety ze względu na technologię produkcji oraz nakłady te drugie są droższe. Jednakże w zamian otrzymujemy krążki lepszej jakości niż przed laty. Są to najczęściej płyty 180 gramowe, a m.in. w Japonii i kilku europejskich tłoczniach specjalizujących się w tłoczeniu płyt audiofilskich produkowane są już płyty o wadze 200 gram. Co to daje? Przede wszystkim większą trwałość i stabilność płyty. Nośnik taki brzmi jeszcze lepiej, jest cięższy przez co podczas odtwarzania mniej „faluje”. Grube płyty, jeśli nie są oczywiście zniszczone prawie nie trzeszczą. Nie sposób ich nie pokochać.

Tak naprawdę płyta winylowa to coś więcej, niż tylko muzyczny nośnik. Entuzjaści tego formatu – do których oczywiście również i ja się zaliczam – zwracają uwagę na metafizyczne doznania związane z obcowaniem z nim. Magia bije z dużego, perfekcyjnego, okrągłego kształtu, zapachu, koloru, piękna całej poligrafii.
Jako ciekawostkę podam, że w Polsce nie ma ani jednej tłoczni płyt analogowych. W Polsce do początku lat 90. ubiegłego wieku płyty gramofonowe produkowano i tłoczono m.in. w Polskich Nagraniach Muza w Warszawie i w Zakładach Tworzyw Sztucznych Pronit-Pionki w Pionkach. Obecnie płyty części polskich artystów tłoczone są w większości w Czechach. Najbliżej nas do dyspozycji mamy jeszcze tłocznie w Niemczech. Im dalej na zachód tym lepiej.
Miałem darować sobie opisywanie procesów i opisywanie specyfikacji nośnika. Jednakże dla leniwych, co to im się nie chce szukać przedstawiam w skrócie to jak powstaje taki nośnik:

1. Materiał trafia do tłoczni.
2. Najpierw nagrywarka z diamentowym rysikiem ryje w płycie z acetatu pierwotną wersję nagrania. (Acetat to rodzaj żywicy akrylowej)
3. Następnie acetatową płytę pokrywa się warstwą chromu, po to by ją utwardzić.
4. Kolejny proces polega na odbiciu płyty-matki w aluminium
5. Otrzymujemy negatyw.
6. Dopiero negatyw, jak pieczęć, odciska swoje kopie w czarnym (lub innym) tworzywie zwanym winylem.

Dla Czytelników, do których dociera bardziej przekaz wizualny zamieszczam link do filmiku. 5 minutowe wideo pokazuje proces produkcji płyt winylowych w wytwórni Gotta Groove Records.

Gotta Groove Records - "Groove With Us" from Nick Cavalier on Vimeo.



Mam nadzieję, że teraz chociaż na trochę zmienicie sposób patrzenia na ten nieśmiertelny nośnik.
I proszę pamiętać, że odtwarzacz, który odtwarza takie płyty to nie jest adapter tylko gramofon. Jeśli już coś w gramofonie można nazwać „adapterem” to jest nim ramię, na którego końcu znajduje się wkładka – oczywiście gramofonowa.
Miłego słuchania!

PS. Na osłodę na stronach tej samej wytwórni możecie zobaczyć sobie kilka kolorowych płytek. Link do GGR.

niedziela, 31 stycznia 2010

Radio Akadera

Polecam Wam bardzo fajne radio co się zowie Akadera. Wprawdzie nadaje w Białymstoku i okolicach, ale można słuchać przez Internet:)
http://www.akadera.bialystok.pl/
Pozdrawiam,
ŁM

środa, 27 stycznia 2010

Top dekad

Kilka miesięcy temu poproszono mnie o wybór swoich "TOPów dekady od lat '60 to teraźniejszości. Ciężko wybrać te dziesięć płyt z jednej dekady... Ale spróbuję. Oczywiście masę płyt pominąłem i wybrałem z każdej dekady dziesiątkę, którą aktualnie uważam za NAJ:

Top '60

1. Pink Floyd - More
2. The Beach Boys - Pet Sounds
3. Led Zeppelin - II
4. Nick Drake - Five Leaves Left
5. Krzysztof Komeda Quintet - Astigmatic
6. King Crimson - In the Court of the Crimson King
7. Van Der Graaf Generator - Aerosol Grey Machine
8. Joni Mitchell - Clouds
9. The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
10. Simon Dupree and the Big Sound - Without Reservations


Top '70

1. Pink Floyd - Meddle
2. Tangerine Dream - Zeit
3. King Crimson - Islands
4. Popol Vuh - In den Gärten Pharaos
5. Can - Tago Mago
6. ABBA - The Album
7. Nick Drake - Pink Moon
8. Yes - Going for the One
9. Miles Davis - Bitches Brew
10. Linda Perhacs - Parallelograms


Top '80

1. Kate Bush - The Sensual World
2. The Cure - Seventeen Seconds
3. Kraftwerk - Die Mensch-Maschine
4. Talking Heads - Remain In Light
5. Joy Division - Closer
6. Grace Jones - Slave to the Rhythm
7. Yello - Flag
8. Marillion - Misplaced Childhood
9. Tears for Fears - The Seeds of Love
10. The Art of Noise - Who's Afraid of the Art of Noise?

Top '90

1. Nine Inch Nails - The Fragile
2. Porcupine Tree - Signify
3. Roger Waters - Amused to Death
4. Peter Hammill - Fireships
5. No-Man - Loveblows & Lovecries - A Confession
6. Morbid Angel - Domination
7. Pink Floyd - The Division Bell
8. Radiohead - OK Computer
9. Placebo - Without You I'm Nothing
10. Massive Attack - Mezzanine


Top '00, czyli ostatnia dekada.

1. Porcupine Tree - In Absentia
2. Portishead - Third
3. Tool - Lateralus
4. No-Man - Tohether We're Stranger
5. Björk - Vespertine
6. Meshuggah - Catch 33
7. Rammstein - Reise, Reise
8. Massive Attack - 100th Window
9. Bass Communion - Ghosts on Magnetic Tape
10. Sigur Ros - ( )



brakuje mi Billego Faya, Donny Summer, Sister Sledge, The
Who, Led Zeppelin, Aphrodite's Child (666), Neu!, Faust, Wire, The
Allman Brothers Band, Dennisa Wilsona (Pacific Ocean Blue) Rush,
pierszej płyty Alana Persona i 2 x J.M.Jarre, Klausa Schulze, Kraftwerk
- conajmniej trzech, a już na pewno Die Mensch-Maschine... The Waterboys Fisherman's Blues, No-Man Returning Jesus...
Serdeczności,
Łukasz