Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2011

Opeth - Heritage




Przed kilkoma laty Opeth ufundowało małą niespodziankę swoim słuchaczom. Było to przy okazji nagrywania albumu Deliverance (2002). Zespół współpracował wtedy ze Stevenem Wilsonem i równolegle powstał wydany rok później materiał zawarty na Damnation, które okazało się pięknym chociaż bardzo delikatnym i na swój sposób mrocznym uzupełnieniem ciężkiego, opethowego Deliverance. Potem było niezłe Ghost Reveries (2005), do którego rzadko wracam, a trzy lata później Watershed. W międzyczasie bardzo przemieszał się skład grupy – zmiana gitarzysty, inny perkusista itd.), do samego albumu podchodziłem z dystansem. Długo zajęło mi przekonanie się do takiego brzmienia Opeth, lecz dzisiaj z perspektywy czasu śmiało mogę stwierdzić, że Watershead jest jednym z moich ukochanych dzieł Szwedów. Ale znając gust, muzyczne upodobania i podejście Mikaela Åkerfeldta, który w zasadzie ma decydujący wpływ na wszystko, co związane jest z zespołem i co się w nim dzieje, miałem przeczucie, że kolejny album będzie przełomem, czymś zupełnie nowym.

Więcej moich wywodów o nowym i genialnym Heritage Opeth na Artrock.pl.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Subiektywnie o Back To Black Amy Winehouse


Gdy kilka lat temu Amy Winehouse trafiła do muzycznego biznesu chyba nikt nie przewidywał takiego końca. Młoda, niewysoka i całkiem urodziwa (jeszcze wtedy) dziewczyna, która została obdarzona sporym talentem oraz mocnym głosem. Dwudziestolatka swoim debiutem Frank w 2003 roku zaskoczyła niejednego, bez względu na wiek i płeć miłośnika muzyki. Poruszyli się nawet co niektórzy, nieco skostniali krytycy – o zgrozo – muzyczni.

Mój tekst o Back To Black Amy Winehouse.











poniedziałek, 4 lipca 2011

Yes, Yes, Yes...

Fly From Here. Nie liczyłem na kontynuację Going For The One, a w najbardziej fantazyjnych i nietrzeźwych stanach nawet nie pomyślałem o Fragile oraz Dramie – z uwagi na udział Trevora Horna. Z jednej strony byłem ciekawy nowej płyty, ale z drugiej obawiałem się, że nie będzie to dobry powrót i nikomu – a zwłaszcza muzykom, na dobre to nie wyjdzie.
Już po pierwszym zapoznaniu uspokoiłem się, bo na szczęście nie jest to powrót w stylu Go Away White (2008) Bauhaus i jest lepiej niż z ostatnimi wydawnictwami Van der Graaf Generator.
Cały mój tekst znajduje się na Artrock.pl.

sobota, 2 lipca 2011

Tim Hecker - Ravedeath, 1972

Genialna płyta! Co powiedzieć więcej? Proszę koniecznie posłuchać. Tutaj jest moja recenzja. Ravedeath, 1972 to jedno z najciekawszych, najbardziej wartościowych i spójnych wydawnictw ambientowych jakie było mi dane usłyszeć w ostatnim czasie. A Tim Hecker, pewnie trochę nieświadomie nagrał bodajże jak na razie swój najlepszy materiał, zarazem tak inny od wcześniejszych autorskich dokonań.

czwartek, 23 czerwca 2011

Łukasz Rostkowski Warsaw. WAR | SAW

...czyli kolejna część cyklu "Zrozumieć Polskę".

W tym roku przy współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego artysta przygotował kolejną część cyklu Zrozumieć Polskę zatytułowaną Warsaw WAR | SAW. Tym razem tematyką płyty jest powstanie warszawskie i prawdziwe historie warszawiaków – jego uczestników i obserwatorów sprzed 67 lat. W jednym z wywiadów muzyk powiedział, iż mimo szacunku do powstania, jaki i do pewnego romantyzmu tego zrywu narodowego nie chciał tworzyć kolejnej traumatycznej opowieści. Takich drukowanych, filmowych, czy dźwiękowych dokumentów powstało już wiele. Rostkowski chciał znaleźć inny klucz na podjęcie tej tematyki.I to mu się udało. Choć Warsaw jest swoistą kontynuacją 39/89 to zasadniczo oba te albumy różnią się od siebie. Przede wszystkim nie jest to płyta stricte faktograficzna, tak jak pierwsza część cyklu. Kompozytor postawił na autentyczność, a jako element pozamuzyczny wybrał rzeczywiste historie ludzi, zwykłych mieszkańców, którzy przeżyli te jakże trudne dni. To właśnie oni są bohaterami Warsaw. Oni i ich przywoływane z pamięci opowieści dotyczące codziennego życia w stolicy – mieście, które przeżyło własną śmierć. Unikalne nagrania wykorzystane na płycie pochodzą z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzyka przewija się delikatnie w tle i jest wspaniałym dopełnieniem konceptu. O ile w przypadku 39/89 artysta postawił bardziej na instrumenty elektroniczne, tak tutaj dominuje bardziej tradycyjne, analogowe instrumentarium: akordeon, trąbka, kontrabas. W odniesieniu do tego wydawnictwa wyszło to zdecydowanie na jego korzyść i jest kolejnym potwierdzeniem wrażliwości i fantastycznego wyczucia samego Rostkowskiego.

Po więcej zapraszam tutaj.

PS. Płyta jest fenomenalnie wydana!

środa, 22 czerwca 2011

Kamieniami w Anioły

Od premiery wprawdzie minęło już kilka tygodni, to w tzw. "środowisku metalowym" płyta jest wciąż na językach tzw. "wyznawców". Słowa pochwały gdzieś mi umknęły... A szkoda. Płyta naprawdę jest dobra. Mało osób ją chwali, czego nie rozumiem.

Właśnie... jaka płyta? Morbid Angel oczywiście i Illud Divinum Insanus. Co znaczy tytuł? Nie mam pojęcia (:
Kto ma ochotę odsyłam do mojej recenzji, która znajduje się pod tym linkiem.

środa, 8 czerwca 2011

Nieważne jak wysoko jesteśmy...

Myslovitz. Nie spodziewałem się takiej płyty. Nie sądziłem, że porwę się na napisanie o nowej płycie mysłowickich chłopaków. A jednak... Istnieją prawie 20 lat i właśnie wydali najlepszy album w swojej dotychczasowej karierze. Warto posłuchać! Moja recenzja Nieważne jak wysoko jesteśmy... znajduje się tutaj.







Do singla "Ukryte" nakręcono również poniższy teledysk.


niedziela, 29 maja 2011

Here is Where We Used to Sing, kolejne arcydzieło Fovea Hex


Tajemniczy projekt niezapomnianej Clodagh Simonds oraz jej przyjaciół zaskoczył mnie po raz kolejny. Od czasów fantastycznej trylogii Neither Speak Nor Remain Silent śledzę ich każdy występek. Jakiś już czas temu ukazał się bardzo dobry 7" singiel Every Evening Gone, nagrany wspólnie z nie mniej oryginalnym i twórczym Andrew Lilesem. Zaś w ubiegłym roku, tuż przed samym Bożym Narodzeniem Fovea Hex udostępniła do pobrania dwa ciekawe muzyczne drobiazgi "Carol X X I : X I I : X" i "Lullaby X X I : X I I : X" - cyfrowe wydawnictwo nosiło nazwę Hail Hope!.

Czułem, że nowa płyta "wisi" w powietrzu. Tak też się stało pod koniec kwietnia. Wyszła w zasadzie pierwsza długogrająca płyta Fovea Hex zatytułowana Here is Where We Used to Sing.
Po wcześniejszych, imponujących dokonaniach czułem, a co więcej – byłem pewien, że ten i każde kolejne muzyczne (arcy)dzieło sygnowane Fovea Hex będzie czymś magicznym i wyjątkowym. Tak też się stało. Jak na razie, dla mnie jest to najlepsza płyta tego roku i piękne otwarcie nowej dekady. To muzyka taka, jaką kocham, jakiej oczekuje i jakiej niestety jest coraz mniej.

Albumu można w całości odsłuchać oraz zakupić w plikach w tym miejscu.
Tradycjonalistów odsyłam do sklepu Janet Records, gdzie można nabyć opisywane wydawnictwo, także w wersji limitowanej, rozszerzonej o drugi dysk (zawierający remiksy) Three Beams.

Zainteresowanych zapraszam również do lektury mojej recenzji Here is Where We Used to Sing na łamach Artrock.pl.

niedziela, 22 maja 2011

Ostatnie recenzje

W ostatnich tygodniach na łamach muzycznego portalu Artrock.pl zamieściłem kilka swoich płytowych recenzji:
Nowy projekt Tima Bownessa i Giancarlo Erry (Nosound):
Memories Of Machines - Warm Winter
Omar Rodríguez-López - Telesterion,
czyli retrospektywna kompilacja nietuzinkowego gitarzysty. A na deser najnowszy album szwedzkiego Paatos - Breathing, oraz dwa single:
Steven Wilson / Oceansize - Stoneage Dinosaurs / Fear
Radiohead - Supercollider / The Butcher


Zapraszam do lektury!

niedziela, 20 lutego 2011

PJ Harvey "Let England Shake"

Przed kilkoma dniami na sklepowych półkach znalazł się świeżutki, ósmy z kolei album PJ Harvey. Z nowym Dziełem (przez duże, ogromnie "de") – Let England Shake zaznajamiam się od dnia premiery codziennie. Słucham dniami i nocami, na kolanach, ze szczęką na podłodze. Dlaczego? Nie pytajcie – bo sam nie wiem – lecz zakosztujcie sami. Zawsze lubiłem i ceniłem dokonania Harvey. Raz trafiały do mnie bardziej, jak na przykład Rid of Me, czy bardzo osobisty White Chalk, czasami trochę mniej - A Woman A Man Walked By nagrany w duecie z Johnem Parishem. Przy pierwszym kontakcie Let England Shake bardzo mi się spodobał, przy drugim odsłuchu jeszcze bardziej, zaś przy trzecim zakochałem się w tej płycie. Po kilku dniach i kilkunastu przesłuchaniach znalazłem się w szalonym wirze miłości i kultu tego wydawnictwa. Ale do rzeczy.

Nowe piosenki swój wyjątkowy klimat mogą z całą pewnością zawdzięczać miejscu nagrania nowej płyty. Let England Shake powstawało się wiosną 2010 roku w malowniczym, XIX-wiecznym kościele osadzonym na szczycie klifu w hrabstwie Dorset. I tym razem przy pracy nad nowymi kompozycjami pomogli jej stali współpracownicy: Mick Harvey, John Parish oraz Flood. Płyta od strony tekstowej ma charakter bardziej uniwersalny. Artystka poruszyła tematy dotyczące jej ojczystego kraju oraz wydarzeń dziejących się obecnie na Świecie, m.in. wojny w Iraku i konfliktu w Afganistanie. Można śmiało stwierdzić, że Polly Jean odeszła od tekstów dotyczących "jej" na rzecz tego, co dziele się "wokół niej". Próbuje zamanifestować swój sprzeciw wobec doczesności, ale nie wykrzykuje pustych, acz głośnych sloganów – czyni to w sposób bardziej przemyślany. Próbuje być trochę jak T.S.Eliot w swojej późniejszej twórczości. W warstwie muzycznej raczy nas z jednej strony ślicznymi melodiami, z drugiej zaś kaleczy te dźwięki – co jest naprawdę fascynujące. Podobnie jak w poemacie Ziemia jałowa Eliota, tak i tutaj – nic nie dzieje się przypadkowo i wszystko ma swój zaplanowany sens oraz porządek. Jest tutaj gitara, prosty podkład perkusyjny, śpiew przeplatany melorecytacją. Niby prostota i nic specjalnego tak można rzecz. Ale w tym gąszczu pozornie łatwych dźwięków czają się prawdziwe perełki jak np. trąbka w "The Glorius Land" czy genialnie zaśpiewany "All and Everyone" gdzie kilka razy fantastycznie spowalnia melodia, a PJ leniwym, spokojnym głosem śpiewa: Death was in the staring sun,/fixing its eyes on everyone./It rattled the bones of the Light Horsemen/still lying out there in the open [...]Death to all and everyone.
Na tej płycie rytm i melodie mają różne płaszczyzny. Kolejną genialną piosenką jest surowy i pogłosowy "On Battleship Hill". W tym utworze zaskakująca jest zmiana maniery wokalnej artystki, która pojawia się na początku, nim dołączają do niej męskie głosy należące do Parisha, Harveya oraz perkusisty Jeana-Marca Butty’ego. W utworze "England" pojawia się znowu niestabilna melodia, poprzetykana przesterowanymi dźwiękami trąbki, oraz pianinem Rhodes. Poza klasycznym i wspomnianym wyżej instrumentarium Harvey wykorzystała w studiu: organy, skrzypce, mellotron, ksylofon, ludową cytrę oraz auto-harp (najczęściej 36 lub 37 strunowy instrument, podobny do cytry; dla ciekawych odsyłam do Googla) oraz pierwszy raz – saksofon, na którym gra sama i pojawia się aż w pięciu kompozycjach.

Po raz kolejny Polly udowodniła, że talent i pomysły jej nie opuszczają. Że jest artystką po prostu perfekcyjną. Że warto czekać na jej nowe wydawnictwa. Na tym albumie czuć folklor Anglii, śmiało stwierdzam, iż płyta jest na wskroś przesiąknięta Wielką Brytanią Jej Królewskiej Mości Polly Jean Harvey. Słabe strony Let England Shake? Brak. Wiem, że jeszcze za wcześnie na wybór płyt roku, ale ta na pewno znajdzie się w moim zestawieniu. Jest to z całą pewnością jedna z najciekawszych płyt tego roku, a ponadto, piękne muzyczne otwarcie kolejnej dekady.
Przyznam szczerze, że nie łatwo było napisać recenzję tego albumu. I to nie tylko dlatego, że wciąż – nie mogąc wyjść z podziwu siedzę na kolanach. Wierzcie mi, że ciężko przełożyć piękno tej muzyki na zwykłe słowa. Proponuję przekonać się na własne uszy, serce i umysł. Odważni też mogą napisać recenzję...




Recenzja ukazała się na łamach portalu Artrock.pl

środa, 20 października 2010

The Legendary Pink Dots - Seconds Late For The Brighton Line

W pierwszym tygodniu października ukazał się nowy bodajże 27 studyjny album The Legendary Pink Dots zatytułowany Seconds Late For The Brighton Line. Chyba 27, bo długo liczyłem płyty Kropek na swojej półce. Gdy pominąłem single, EP’ki, wydawnictwa zbiorowe, kompilacje i płyty koncertowe to stanęło na liczbie 27 (słownie: dwadzieścia siedem). Jeśli coś przeoczyłem to bardzo przepraszam, ale określenie ilości nagrań w przypadku tego zespołu, podobnie jak np. Nurse With Wound jest niemalże niemożliwe.
Legendarne Różowe Kropki to brytyjsko-holenderska grupa, która głównie za sprawą nieodżałowanego Tomka Beksińskiego ma w naszym kraju sporą grupę fanów – a raczej wyznawców. Prawda jest taka, że ten zespół albo się kocha i kocha jego muzykę, albo... się go nie znosi, przede wszystkim za sprawą wokalisty-proroka Edwarda Ka-Spela obdarzonego jak sam mówi "nieludzkim głosem".

Przez skład "Kropek" przewinęło się plus minus około trzydziestu osób. Od początku ich trzon stanowi wspomniany Edward Ka-Spel oraz klawiszowiec Phil Knight bardziej znany jako The Silverman. Aktualnie w składzie znajduje się jeszcze znakomity holenderski gitarzysta Erik Drost, wcześniej znany m.in. z formacji Girlfriends oraz dźwiękowiec Raymond Steeg (jest to jedyny znany mi zespół, który w swoim składzie zamieszcza inżyniera dźwięku). W podobnym składzie LPD nagrywało na początku tej dekady lecz towarzyszył im (prawie od dwudziestu lat) saksofonista Niels van Hoorn, który w ubiegłym roku odszedł z zespołu, po to aby zająć się własnym projektem – Strange Attractor. Chwilę przed nim grupę opuścił też gitarzysta Martijn de Kleer i to właśnie na jego miejsce powrócił Drost.

W takim czteroosobowym składzie: Ka-Spel, The Silverman, Drost i Steeg powstał najnowszy album Seconds Late For The Brighton Line, który dobrze określa słowo: zjawiskowy. Po pierwsze, nowy krążek jest znacznie lepszy od poprzedniego Plutonium Blonde (2008) i jest najlepszym materiałem jaki wydały Różowe Kropki od czasów The Whispering Wall (2004). Po drugie cieszę się, że do składu powrócił utalentowany Erik Drost, który będąc zarazem najmłodszym członkiem grupy wnosi tam dużo świeżości. Nie znoszę gitarzystów, którzy lubują się w solówkach. Lubię, gdy gitara podkreśla brzmienie i dodaje, choćby nawet najdelikatniej, charakter kompozycji. Na nowej płycie słychać to w utworach "No Star Too Far" oraz "Someday".

Drost ma w ogóle specyficzną technikę gry na gitarze: jako leworęczny gitarzysta, gra na gitarze dla praworęcznych... i nie było by w tym nic dziwnego (tak w latach ’60 grał Hendrix) gdyby nie fakt, iż gitara jest odwrócona. Wieść, iż on powraca, bardzo mnie ucieszyła i jakoś specjalnie nie opłakiwałem odejścia de Kleera. Natomiast, szokiem było odejście wspomnianego van Hoorna. Bałem się, że bez niego każde kolejne dzieło LPD będzie przypominało solowe albumy Ka-Spela i Silvermana. Teraz jestem spokojny. Owszem, szkoda mi że nie ma już tutaj całej palety najróżniejszych saksofonów od sopranowego do basowego, fletu, klarnetu i innych dziwnych instrumentów dętych (często własnej konstrukcji), ale od strony muzycznej zespół poradził sobie bardzo dobrze. Album brzmi naprawdę pięknie i mija trochę czasu nim słuchacz dokładnie się z nim osłucha. Nie jest tak transowy, agresywny i nacechowany elektronicznymi natręctwami jak płyty LPD z lat ’90. Sporo tutaj gitary, klawiszy, a elektronika potraktowana została jako najlepsza przyprawa i dodaje smaku oraz kolorytu nowym "Kropkom". Chyba najbardziej transowym kawałkiem jest trzynastominutowa kompozycja "Ascension". Jak zawsze w przypadku tego zespołu, wspaniałe dźwięki zostały ubarwione oryginalnymi tekstami autorstwa Proroka Ka-Spela.

Dziewięciu nowych kompozycji (tyle liczy zawartość CD) słucha się bardzo dobrze. Zadziwiające, że przy takiej ilości wydawnictw ten zespół wciąż potrafi zaskakiwać i nie postawił jeszcze ostatniej Różowej Kropki nad "i" w wyrazie "Pink". Najnowsze dzieło Seconds Late For The Brighton Line należy traktować szczególnie także z tego względu. iż grupa w tym roku obchodzi swoje trzydziestolecie działalności.
Mój znajomy zwrócił też uwagę na szatę graficzną wydawnictwa, do której LPD jakby wcześniej nie przywiązywało większej wagi. Nowa płyta została wydana w bardzo ładnym, aczkolwiek prostym digipaku, na którym znajdują się tajemniczy liczby i literki S L F T B L [Seconds Late For The Brighton Line].
A na koniec dodam jeszcze, że wiosną przyszłego roku – prawdopodobnie w kwietniu – The Legendary Pink Dots ponownie zawitają do Polski z serią koncertów.

Ocena: 6/6

czwartek, 14 października 2010

Czterdzieści lat dworu Karmazynowego Króla

King Crimson: In The Wake of Poseidon / Islands


O tym zespole powiedziano i napisano już chyba wszystko: tysiące recenzji płyt, kilka książek oraz prace magisterskie i teksty muzykologiczne. To bez wątpienia jeden z zespołów wszechczasów i jeden z tych, który z dwoma małymi przerwami istnieje ponad 40 lat. Przez dwór Karmazynowego Króla przewinęło się wielu znakomitych, jeśli w ogóle nie najwspanialszych muzyków drugiej połowy XX wieku, m.in. John Wetton, Greg Lake, Bill Bruford, Tony Levin, Gordon Haskell, czy Mel Collins. Królem Dworu pozostaje wciąż genialny Robert Fripp – wirtuoz gitary, mellotronu, pionier gitarowych soundscape’ów i współtwórca techniki nagrywania zwanej Frippertronics. Fripp od wielu lat przyjaźni się ze Stevenem Wilsonem (Porcupine Tree, No-Man), który jest nie tylko muzykiem, ale i producentem, a w ostatnim czasie propagatorem dźwięku przestrzennego.

W 2008 roku Wilson zaproponował Frippowi, aby na nowo przemiksować studyjne albumy King Crimson. Fripp na tę propozycję przystał i na jesieni 2009 roku pojawiły się trzy wznowienia płyt Karmazynowego Króla: epokowe In The Court Of The Crimson King (1969), Lizard (1970) i Red (1974). Minął rok i na sklepowe półki trafiły kolejne dwa wznowienia: In The Wake Of Poseidon (1970) oraz Island (1971). Jak można zauważyć płyty nie są wydawane chronologicznie. Łącznie wszystkich wznowionych na "czterdziestolecie zespołu" wydawnictw ma być dwanaście i mają ukazywać mniej więcej po dwa na rok.

Albumy wydawane są w przepięknych digipakach wsuwanych w kartonowe pudełka, ponadto każde wydawnictwo zawiera obszerną książeczkę no i co najważniejsze – płyty z nowym miksem autorstwa Wilsona i Frippa: CD oraz DVD-Audio. Zestaw CD zawiera materiał podstawowy oraz trochę dodatków. Natomiast zawartość dysku DVD-A to prawdziwa muzyczna uczta i gratka dla fanów zespołu: utwory podstawowe w dźwięku przestrzennym (5.1), wysokiej jakości stereo o rozdzielczości bitowej 24bit i częstotliwości próbkowania 96kHz, oryginalny mix z lat ’70 oraz mix z wydania z okazji jubileuszu trzydziestolecia grupy. Do tego znajduje się także masa dodatków, alternatywnych wersji utworów itp. Słuchacz ma możliwość porównania różnic, a jest ich dość sporo. Aby cieszyć się pełnią tych utworów trzeba posiadać odtwarzacz obsługujący standard DVD-Audio. Jeśli nie, możemy skorzystać albo z zapisu DTS 5.1 lub stereo o trochę niższych parametrach – 24bit/48kHz (oba działają w zasadzie w każdym odtwarzaczu DVD).

Cieszę się, że katalog studyjnych albumów King Crimson zostaje wydany w ten sposób. Taki format pozwala na nowo odkryć te nagrania i naprawdę cieszy uszy. Produkcja dźwięku surround została zrobiona na naprawdę wysokim poziomie. Wszystko powstało w zasadzie na nowo z dbałością o każdy najmniejszy szczegół. Jako miłośnik muzyki cieszę się, również iż zarówno Fripp jak i Wilson postawili na pyty DVD-Audio, a nie na SACD - które moim zdaniem mają niższe parametry i mniejsze możliwości techniczne, ale to nie temat na teraz.
Warto sięgnąć po nowe-stare płyty. Jeśli nawet znamy te nagrania to w tym przypadku odkryjemy ich nowe, drugie życie. A ci którzy jeszcze, jakimś cudem nie znają muzyki King Crimson powinni czym prędzej po nią sięgnąć. Teraz tym bardziej jest ku temu okazja.
I przepraszam, jeśli nie wyszła mi typowa recenzja. Po prostu ciężko jest napisać coś nowego i oryginalnego o dziełach Karmazynowego Króla... a muzyka i tak sama przemawia przez siebie. Nawet oceny nie wystawiam gdyż są to po prostu arcydzieła.

wtorek, 5 października 2010

Coma nie zapadła w śpiączkę

Excess oraz Symfonicznie, dwie nowe płyty.

Łódzka Coma to w chwili obecnej, obok Riverside jeden z najoryginalniejszych polskich zespołów rockowych. Artystycznym poziomem dorównuje im chyba tylko Kapela ze Wsi Warszawa i Anita Lipnicka – choć to trochę inna muzyka. Ale jeśli jesteśmy przy dyskusji
o kondycji polskiej muzyki i padło nazwisko Anity to grzechem byłoby gdybym nie wspomniał, że jej ostatnia płyta (Hard Land of Wonder), wydana w ubiegłym roku w moim subiektywnym podsumowaniu roku zmiotła z pola widzenia wszelkie inne wydawnictwa wydane w 2009 – w ogóle, nie tylko te z rodzimego rynku. Powróćmy jednak do Comy.
Tej jesieni grupa przygotowała dla swoich fanów podwójną ucztę. Na początku września ukazał się anglojęzyczny album Excess na którym znalazło się dziewięć kompozycji z albumu Hipertrofia (2008), ostatniego studyjnego dzieła zespołu, tym razem zaśpiewanych po angielsku oraz trzy dodatkowe, premierowe utwory. Płyta ma być pierwszym ukłonem grupy i wydawcy do spopularyzowania Comy zagranicą. Póki co album dostępny jest wyłącznie u wydawcy-dystrybutora, firmy Mystic, a do europejskiej sprzedaży trafi w połowie października.

Jeśli chodzi o sam album to mam nieco mieszane odczucia. Przede wszystkim Comę zawsze postrzegałem przez pryzmat świetnych tekstów, osadzonych w znakomitej muzyce. Z nowym anglojęzycznym dziełem jest trochę inaczej. Może nie tyle, że trudno jest wgryźć się w te teksty czy zrozumieć ich przekaz, bo przecież znam ich polskie odpowiedniki, a z drugiej strony język angielski nie jest czymś egzotycznym, lecz z przykrością stwierdzam, że dla mnie ta płyta pozbawiona jest duszy, tego czegoś wyjątkowego obecnego na wcześniejszych wydawnictwach. Jestem ciekaw jak album zostanie odebrany w "krajach docelowych". Szczerze powiedziawszy nie wiem jak zespół sobie to wyobraża. Od teraz zacznie nagrywać każdą płytę podwójnie: po polsku i angielsku? Owszem są polskie zespoły śpiewające po angielsku (i do tego popularne zagranicą), jak np. Behemoth, Vader czy wspomniany na początku Riverside. Ale one zawsze śpiewały po angielsku. Z Comą jest inaczej i właśnie jeśli chodzi o teksty to w tym wypadku język polski pasował do nich najlepiej, bo muzyka przecież sama się obroni. Podobnie jak Rammstein silnie związany jest ze swoją "niemieckością". Ich kompozycje śpiewane w innym języku niż niemiecki tracą na jakości, na swej energii oraz mocy.
Dobrze, daje już spokój tekstom, a przejdę do muzyki. Ta jest znakomita i niewiele różni się od tej z Hipertrofii. W połączeniu z całością, tj. słowa plus muzyka najlepiej wypadają: "Transfusion", "Afternoons In The Colour Of Lemon" i "Eckhart".
Szkoda tylko, że jest tutaj właściwie cząstka macierzystego albumu. Hipertrofia jest przecież podwójnym albumem koncepcyjnym, więc tym bardziej nie powinna być skracana. To tak jakby Bitwę pod Grunwaldem Jana Matejki oglądać na wyświetlaczu telefonu.

Druga nowość Comy to płyta Symfonicznie. To już drugi album koncertowy Comy i drugi wydany w tym roku. Tym razem jest to zapis koncertu, który odbył się 23 czerwca ubiegłego roku w Gdańsku na Targu Węglowym. Zespół wystąpił wtedy z towarzyszeniem Orkiestry Symfoników Gdańskich i wykonał najważniejsze utwory w swoim dorobku. Fragment tego występu można zobaczyć jako dodatek do DVD Live. Nowy album reklamowany jest właśnie jako suplement wydawnictwa Live.
Chociaż nie jestem specjalnym miłośnikiem tego typu wydawnictw oraz angażowania orkiestry symfonicznej do tego typu brzmień (z małymi wyjątkami) to album całkiem miło mnie zaskoczył. Na pewno bardziej niż się tego spodziewałem. Kompozycje zespołu zostały całkiem dobrze przygotowane i zaaranżowane. Na szczęście odbyło się to z wyczuciem i płyta nie męczy, ani nie zieje z niej przesadny patos. Moim symfonicznym faworytem są "Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców" oraz "Spadam". No i nareszcie w swej ponad dziesięcioletniej karierze Coma doczekała się ładnej oprawy graficznej. To oczywiście kwestia gustu, ale uważam, że do okładek zespół raczej szczęścia nie miał. Szkoda, że do Excess nikt nie pofatygował się o zaprojektowanie nowej szaty graficznej, a jedynie została nieco zmodyfikowana ta już istniejąca, z polskiej wersji albumu.

Grupa trzyma muzyczny poziom, mimo, że trochę się czepiam. Pozostaje wciąż na firmamencie współczesnej polskiej muzyki rockowej. Mam nadzieję, że Europa i reszta świata doceni ten zespół, czego mu szczerze życzę. A sobie życzę, aby póki co Coma nie wydawała dwóch płyt koncertowych na rok, a przysiadła w studiu i szybko powróciła z nowym, świeżym, jak zawsze ambitnym i zaskakującym materiałem.

Reasumując, dla tych co nie lubią czytać - ocena:
Coma – Excess: 7/10
Coma – Symfonicznie: 8/10

środa, 22 września 2010

Brendan Perry – Ark

...czyli solowy powrót lidera Dead Can Dance.

Śmiało można nazwać rok 2010 rokiem powrotów, wielkich powrotów. Nowy albumy wydali już między innymi Mark Almond, Sade, Laurie Anderson, a teraz Brendan Perry. Jedenaście lat przyszło nam czekać na drugi solowy album tego muzyka. Po sukcesach płyt Dead Can Dance jego pierwsze dzieło Eye of the Hunter zostało przyjęte dość chłodno. Chociaż szczerze powiedziawszy, nie jest to dla mnie do końca zrozumiałe, bo jest to bardzo dobry album, podobnie jak najnowszy Ark, choć jeśli ktoś się tutaj spodziewa jakichś wielkich muzycznych rewolucji i dźwiękowego suspensu, temu radzę się wstrzymać.

Można odnieść wrażenie, że artysta zatoczył swoiste koło. Oddalił się nieco od neofolkowej otoczki znanej z poprzedniego albumu, a zwrócił się z powrotem w kierunku dark wave'u, czyli do swoich prawdziwych korzeni. Jak wspominałem, wyszło mu to całkiem przyzwoicie. Album jest mroczny i dosyć szczelnie wypełniony hipnotyzującymi wokalizami Perry'ego. Ark nawiedzony jest też duchami "Martwych Potrafiących Tańczyć" (Dead Can Dance), lecz nie przyrównałbym go do żadnego albumu tego kultowego zespołu. Słychać, że artysta nie stoi w miejscu, że inspiruje się nowymi brzmieniami i trendami muzycznymi. Pobrzmiewają tutaj dubowe czy trip-hopowe eksperymenty, których wydaje mi się, iż nie powstydziliby się Mssive Attack, jedni z prekursorów tego gatunku. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, która prawie w całości oparta jest na żywych instrumentach, w nagraniu nowego materiału wykorzystane zostały dźwięki, pochodzące głównie z samplerów i syntezatorów. Jak można się dowiedzieć ze specjalnego filmu udostępnionego przed premierą na stronie internetowej artysty, był to zabieg celowy, którego zamysł opierał się na wykreowaniu neutralnego elektronicznego pejzażu dźwiękowego, który odzwierciedliłby współczesny świat, zdominowany techniką, świat uzależniony od maszyn.

Jest to z całą pewnością dystopijna wizja świata, z powracającymi motywami utraty tożsamości, alienacji, wojny, czy zagrożeń środowska naturalnego. Lecz z drugiej strony, zwłaszcza tej tekstowej wydawnictwo Ark jest również nośnikiem optymizmu i nadziei co do przyszłości współczesnego świata.
Na nowym krążku zawierającym osiem oryginalnych kompozycji pojawiają się dwa utwory: otwierający płytę "Babylon" i zamykający ją "Crescent", które pierwotnie skomponowane zostały przez Brendana Perry, w związku z Dead Can Dance Reunion Tour z 2005 roku.

Boli mnie fakt, że część z dawnych fanów "Umarłych..." jest nieco uprzedzona do solowych wydawnictw ich członków. Na marginesie przypominam, że druga połowa DCD czyli Lisa Gerrard nagrała w ostatnich latach dwa rewelacyjne albumy (studyjny i koncertowy) z Klausem Schulze. Ark traktowane jest niestety trochę po macoszemu, a jestem pewny, że gdyby całość została sygnowana trzema magicznymi literkami, od razu zostałaby uznana za arcydzieło... Jest o niesprawiedliwe i wydaje mi się, że szkoda czasu na zastanawianie się czy to Perry i Gerrard osobno czy może razem. Podobnie zresztą jak nie ma sensu deliberowanie nad tym czy Marillion było lepsze z Fishem czy Hogarthem, albo kto był lepszym wokalistą Genesis: Gabriel, Colins czy może Wilson. To inni ludzie, inne spojrzenie i co za tym idzie muzyka. Każdej płycie warto dać szansę, wysłuchać jej i dopiero potem ocenić. Bo po co się niepotrzebnie uprzedzać?

wtorek, 14 września 2010

Amerykański sen niepowtarzalnej Laurie

O nowej płycie Laurie Anderson już troszeczkę pisałem. Jednakże nie daje mi ona spokoju.
Ojczyzna własna, czyli bezkompromisowa podróż po Ameryce...

Mowa oczywiście o Homeland, najnowszym wydawnictwie Laurie Anderson. Ponad dziesięć lat przyszło nam czekać na jej nowe dzieło. Ten album ukazał się przed kilkoma tygodniami, ale grzechem i to dużym byłoby pisać o takiej płycie dwa dni po premierze. To jeden z tych albumów, które wymagają skupienia i kilku podejść. Tylko wtedy smakują najlepiej i stają się wyraziste. Tym razem piosenkarka i zarazem performerka (a także reżyserka, rzeźbiarka, lista jej profesji jest naprawdę długa) zabiera nas w podróż po współczesnej Ameryce, po swojej ojczyźnie. Wizji tak doskonałej i dopracowanej, a nawet ośmielę się stwierdzić, że wręcz dopieszczonej zarówno w warstwie muzycznej jak i tekstowej sygnowanej jej nazwiskiem nie mieliśmy od ponad szesnastu lat, od albumu Bright Red (rok 1994). Homeland jest przede wszystkim także o niebo lepszy od poprzedniego wydawnictwa. Dzisiaj z całą odpowiedzialnością jestem wstanie przyznać, że najnowsza płyta swym poziomem dorównuje chyba tylko albumowi Mister Heartbreak z roku 1984.

Album zaskakuje swym brzmieniem, sporo tutaj elektroniki i przesterowanych skrzypiec, w których Anderson tak się lubuje. Słychać też, że artystka jest w świetnej formie wokalnej, co ciekawe, bo mimo upływu lat i pod tym względem jest lepiej, niż na ostatnich albumach. Wiem, wiem, że kobietom wieku się nie wypomina, ale Anderson ma ponad 60 lat, lecz formę i pomysły jak niejedna nastolatka! Jestem pełen podziwu dla świeżości Homeland, któremu dodatkowego smaku dodają zaproszeni przez piosenkarkę goście. Poza Lou Reedem, życiowym partnerem Laurie Anderson, w dwóch utworach ("My Right Eye" i chórki w "Another Day in America") pojawia się androgeniczny i obdarzony nieziemskim, anielskim głosem Antony Hegarty. Jednak na tym nie kończy się lista gości z królestwa Homeland.
Bo z ciekawszych i bardziej znanych postaci jest też tutaj legendarny i słynący
z najróżniejszych projektów saksofonista John Zorn oraz Kieran Hebden (znany jako Four Tet) odpowiedzialny za wspomnianą wcześniej rewelacyjną elektronikę.

O utworach napisać można wiele, ale je po prostu trzeba przeżyć. Jak w przypadku dobrej literatury, gdzie nie ma sensu objadać się smakiem streszczeń. Zdradzę, że jest tutaj sporo ciekawych popkulturowych cytatów. Pojawiają się fragmenty z książek, jak na przykład ze Stukostrachów Stephena Kinga, wyczuwam także silnie inspiracje Orwellem. Mniej więcej w połowie tej muzycznej wizji artystka umieściła doskonałą, trwającą ponad jedenaście minut suitę – "Another Day in America". Narratorem tego utworu jest Fenway Bergamot, męskie alter ego Anderson. To "jego" wizerunek znajduje się na okładce płyty.

Na koniec jeszcze słów kilka o oprawie graficznej. Nonsensuch wydał album w pięknym digibooku z grubą, ekskluzywną książeczką. Zestaw został dodatkowo wzbogacony płytą DVD, która zawiera m.in. czterdziestominutowy film dokumentalny o tym jak powstawała muzyczna wizja Homeland.
A już w listopadzie, w chorzowskim Teatrze Rozrywki w ramach festiwalu Ars Cameralis będzie można na żywo zobaczyć artystkę, a także – czego jestem więcej niż pewny – wysłuchać na żywo całego Homeland.

poniedziałek, 6 września 2010

Octahedron, album doceniony po czasie

Są płyty, które doceniamy po czasie. Miałem tak z Third Portishead, teraz bardzo podobne odczucia mam w stosunku do ostatniej płyty The Mars Volta. Album Octahedron, bo o nim mowa na sklepowych półkach pojawił się pod koniec czerwca ubiegłego roku. I... i... wybitnie nie przypadł mi do gustu. Dotychczas za najlepsze osiągnięcie Omara Rodrigueza-Lopeza i Cedrica Bixlera-Zavala (& spółki) wydane pod szyldem TMV uważałem Frances the Mute (2005). Potem było różnie, owszem na poziomie i z klasą, ale bez tego czegoś co rzuca słuchacza na kolana. Ponadto od dnia premiery Frances... zakochałem się w okładce tej płyty - powstałej z ręki legendarnego Storma Thorgersona.

Octahedron jest najspokojniejszym albumem zespołu, co nie jest oczywiście równoznaczne z mało emocjonalnym. Bo braku emocji zarzucić mu nie można. Mało tutaj gitarowych improwizowanych odjazdów, jest to za to album bardzo akustyczny (i spokojny – jak na Mars Voltę), a do tego (też jak na Mars Voltę) – bardzo krótki – 50 minut. I to wszystko jakoś nie specjalnie mi się podobało. Ale, ale... od czego jest czas. Minął rok, wróciłem do tej muzyki i jestem cholernie (przepraszam za słówko) zaskoczony! Płyta jest naprawdę znakomita, mimo iż niełatwa w odbiorze. Aha, jest też tutaj kawałek zatytułowany... "Copernicus". Ciekawe :)

Ciekawe jest również to, o czym zdaje się że pisałem przed weekendem - jesienią wiele rzeczy smakuje naprawdę duuuuużo lepiej.

środa, 1 września 2010

Jiří Gruša - Kwestionariusz, czyli czytania ciąg dalszy

Dziś pierwszy września. Data o której wiele można by napisać. Od pierwszego września chyba gorszy był tylko 17 września - tegoż samego roku 1939. Ale dzisiaj nie o wojnie, nie o roku szkolnym, który to dzisiaj się rozpoczyna. Będzie o literaturze. Jak patrzę na blog to ostatnio chyba częściej sięgam po tę dziedzinę sztuki niż muzykę. Muzycznie ostatnio zatopiłem się głownie w dźwiękach dyskografii Sade oraz The Mars Volta. Kontrastowo? No i dobrze. Wakacyjne podróże, pogoda, a także i tak, obecna już niemalże jesienna aura sprzyja czytaniu. Wracam trochę do starszych rzeczy, już wcześniej czytanych: "Weiser Dawidek", "Demian" czy "Portret artysty w czasów młodości". Będąc ostatnio w bibliotece, gdy przechadzałem się pomiędzy gęsto pnącymi się ku górze regałami natknąłem się na literaturę czeską. Całkiem przypadkowo (ale podobno nie ma przypadków) wzrok mój i ręka moja uchwyciła "Kwestionariusz". Książka autorstwa Jiří Grušy (rocznik 1938), pierwotnie wydana w 1975 roku. Autora nie znam, ale nim przeczytałem zamieszczoną na tyle okładki tzw. "śmigawkę" już zdecydowałem, że ją biorę. Ponadto dodatkową rekomendacją może być fakt, iż pozycję tę wydało warszawskie wydawnictwo Twój Styl w serii Wielki Wóz - podobnie jak jedno z ostatnich wydań "Zasypie wszystko zawieje"... - Włodzimierza Odojewskiego.

Powieść jednego z wybitnych czeskich prozaików (Gruša jest także poetą i krytykiem literackim, oraz tłumaczem literatury niemieckojęzycznej; po 1989 został dyplomatą), została napisana w 1975 r. przed 'aksamitną rewolucją'. Nie mogła ukazać się w żadnym oficjalnym wydawnictwie w Czechach (wydała ją emigracyjna oficyna wyd. w Toronto). Przełożona została na wiele języków, w tym na angielski, niemiecki, francuski, szwedzki (w Polsce wydana po raz pierwszy w 1987 roku, nakładem Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA). Tytułowy kwestionariusz osobowy, wypełniany po raz n-ty przez narratora w latach 70. Jako załącznik do podania o pracę, staje się pretekstem do opowieści o Czechach współczesnych. Perspektywa małego miasteczka odbija losy całego kraju; nie rezygnując ze swej suwerennej wizji i artystycznej gry, potrafi Gruša dobrze oddać rzeczywisty, otaczający go świat. Powieść utrzymana jest w tonacji liryczno-groteskowej, gdzie hrabalowski realizm szczegółu łączy się z nadrealistycznymi obrazami, gdzie momenty humorystyczne przeplatają się z tragicznymi, a teraźniejszość łączy się z przeszłością.

Ciekawe? Opis nie oddaje tego nawet w połowie. Książka jest fantastyczna, czyta się ją jednym tchem. Poprzez pisanie narratora w pierwszej osobie momentami mamy wrażenie, że to książka o nas. Bo poza Czechami lat przedwojennych, lat niemieckiej okupacji, i lat kiedy podobnie jak w Polsce panował tam totalitarny reżim komunistyczny to przede wszystkim książka o życiu młodego człowieka. Wiele perypetii bohatera przydarzyło się i nam, czytelnikom (szczególnie płci męskiej). Nie ma sensu zdradzać wszystkiego, ale pewnym jest, że kto zdecyduje się, aby sięgnąć po tę powieść szybko się od niej nie oderwie. Wydaje mi się, że czytam dość dużo, tzn. tyle na ile pozwala czas, ale dawno nie czytałem tak rewelacyjnej książki. Książki, której w zasadzie się nie czyta, a... pochłania.


Jiří Gruša, Kwestionariusz, czyli modlitwa za pewne miasto i przyjaciela, tytuł oryginalny: Dotazník, wydawnictwo Twój Styl, 2003

środa, 25 sierpnia 2010

Laurie Anderson - Homeland

Bezkompromisowa, fantastyczna, genialna... Nie da się tak łatwo napisać recenzji tej płyt. To kolejna dźwiękowo-słowna podróż po Stanach, którą serwuje nam ta ulubienica Lou Reeda. Nowej płyty słucham od dobrych kilku tygodni, czy nawet miesięcy i nie wiem co bardziej mi się podoba. Słowa, muzyka czy całokształt. Płyta do najłatwiejszych nie należy, ale warto przez nią przebrnąć. Dużo dźwiękowych i wokalnych eksperymentów. Jest i Laurie na skrzypcach, w kilku fragmentach pojawia się wspomniany Lou Reed z gitarą czy John "wizjoner" Zorn, tym razem prezentuje bardzo spokojne, wręcz wyciszone oblicze swojego ukochanego instrumentu dętego - saksofonu. Warto kupić bilet na tę podróż po prywatnej ojczyźnie artystki, ale nie spodziewajmy się, że będzie to łatwa i wesoła podróż.
BTW - Homeland to chyba najlepsza płyta Laurie Anderson od czasu albumu Mister Heartbreak, czyli od 1984 roku!

Ocena: 9*/10

* z ogromnym plusem za wydanie: CD+DVD w pięknym digibooku


Laurie Anderson, Homeland, Nonesuch Records, 2010

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Foals - Total Life Forever

Jakimś dziwnym trafem o ostatnich nowościach dowiaduję się z opóźnieniem. Tak było z Chemicals Brothers, o którym wcześniej pisałem, nowym Faithless, Woven Hand... Wynika to chyba z tego, że miłościwie "informujące" media mają wszystko.... dokładnie tam - jak śpiewał Lech Janerka. Ja nie pozostaję im zresztą dłużnym. Więc jedynym źródłem informacji o świeżych płytkach jest Internet no i czasem najbliższe otoczenie. Ale z tym drugim muzycznie nie zawsze jest mi po drodze. Całe szczęście, że tegoroczne nowości są przez duże N i jeszcze większe S - super.
Jedną z takich super nowości, jaka zagościła w moich uszach jest nowy krążek chłopaków z Foals, zatytułowany Total Life Forever. Przed dwoma laty zadebiutowali albumem Antidotes i zrobili niezłe spustoszenie w muzycznym świadku nowych, obiecujących zespołów.
Nowa płyta jest jeszcze bardziej apetyczna od debiutu (sic!). Poza warstwą muzyczną i tekstową duża w tym zasługa produkcji oraz studia. Total Life Forever zostało zarejestrowane w Szwecji (w Svenska Grammofon Studios), a producentem był Luke Smith. To dla mnie największa zagadka, bo debiut produkował David A. Sitek, którego uważam za całkiem zdolnego fachowca konsolety. Smithowi produkcja wyszła naprawdę świetnie, album brzmi klarownie, głęboko; nie zawaham się użyć słowa, że "mięsiście". Jakby powiedział T.S. Eliot: żaden dźwięk nie jest tutaj zmarnowany. Z winyla musi brzmieć jeszcze potężniej. Patrząc na młode zespoły (tutaj średnia wieku to około 24 lat) to nie jest to zjawisko tak powszechne jak mogłoby się wydawać.
Jedenaście utworów, pięćdziesiąt minut muzyki i prawie same, potencjalne przeboje oraz jeden uroczy przerywnik - "Fugue". Słychać tutaj wyraźne inspiracje takimi zespołami jak The Cure, Joy Division, New Order czy nawet U2 i Talking Heads. Ale nie ma mowy o jakimkolwiek kopiowaniu kogokolwiek. Fajne połączenie zadziornego punka z ciut delikatniejszą elektroniką. Spotkałem się z opiniami, że to kolejny zespół nurtu new rave. Cokolwiek to jest... Znaczy się wiem co to jest, ale takie gatunki (ekhem) to wymysły idiotów z "NME". Najlepsze z najlepszych momenty tej płyty to: tytułowe "Total Life Forever", "Spanish Sahara" i "Alabaster".
Ja trafiłem na edycję deluxe, zawierającą jeszcze jeden krążek. Trwa on nieco ponad 25 minut i jest wspaniałym dopełnieniem całości. Zawiera inne wersje utworów, dźwiękowe przerywniki, czyli jednym słowem to co nie weszło na płytę, a... jest naprawdę niezłe i z czego najbardziej radują się fani.
Moja ocena to 8, ale dwa punkty dodaję od serca... bo to płyta nagrana od serca, z dala od komercyjnej chałtury pokroju Lady Gagi. Tak więc klamka zapadła, z czystym sumieniem daje 10/10.
A przy okazji nowej płyty, warto odświeżyć sobie wcześniejszą.
Teraz nie pozostaje nic innego jak włączyć ponownie Total... i czekać dwa lata (oby tylko nie dłużej) na nowe dzieło piątki z Oxfordu.

piątek, 18 czerwca 2010

M.I.A. - Maya

Pamiętam jak na początku upalnego lata AD 2005 natrafiłem na album Arular. Megakolorowa okładka, wycięty slipcase, pokręcone rytmy z jeszcze bardziej pokręconymi tekstami. Mocna dawka etnicznych brzmień z potężnymi basami runęła z głośników bardziej niż jakakolwiek płyta tamtego roku. Kryła się pod tym pochodząca ze Sri Lanki niewiasta Mathangi "Maya" Arulpragasam. Nieco ponad dwa lata po debiutanckiej płycie ukazał się jej drugi krążek – Kala, który nagrywała między innymi z Timbalandem. Był to sierpień 2007, za oknem było mniej gorąco, ale zawartość Kali rozgrzewała chyba jeszcze bardziej niż Arular.
Artystka na ten rok zaplanowała powrót z nowym materiałem. Premiera nowej płyty za około miesiąc, ale mi było dane zapoznać się z tym materiałem już teraz. Trzecia płyta zatytułowana Maya, a raczej /\/\/\Y/\ na pierwszy rzut ucha jest... dziwna. Na drugi jeszcze bardziej... Nie ma tutaj tak wielu etnicznych i rytmicznych rytmów, które tak dobrze w padały w ucho. Po pierwszym przesłuchaniu czułem się lekko zawiedziony. Przypomniałem sobie co niektórzy mówili, gdy w kwietniu br. M.I.A. wypuściła singiel "Born Free", okraszony dosyć brutalnym i długim (ponad 9 minutowym) wideoklipem. Nie były to najcieplejsze słowa pod adresem tej hip-hopowej damy i jej muzyki. Co bardziej radykalni przewidywali jej rychły koniec. Mnie akurat singiel się spodobał i wpadł w ucho od razu, bardziej niż cała płyta. Odstawiłem ją na jakiś czas i rozpocząłem słuchanie na nowo. I z każdym razem jest lepiej. Teraz, gdy piszę te słowa uważam Maye za kawał naprawdę świetnej, żywej i świeżej muzyki. Płyta wbrew pozorom jest bardziej równa od dwóch poprzedniczek, ale kompletnie od nich inna. Pisząc inna nie mam oczywiście na myśli tego, że M.I.A. wyskoczyła ze swych żółtych bluzeczek oraz zielonych trampek i wskoczywszy w ciężkie, czarne glany zaczęła grać death metal. Nie, możecie być spokojni. Wydaje mi się, iż przysłużyli się temu klubowi producenci, m.in. DJ Diplo i Rusko. To bodajże najbardziej transowy krążek M.I.A., bardziej do kołysania, a mniej do skakania. Przy następnych odsłuchach naprawdę można się nim zachwycić, ale dopiero z czasem okaże się czy nie męczy. Ponieważ nie było jeszcze premiery, słucham z umiarem. Nie chciałbym, aby mi się zawczasu przejadła.
Na koniec zdradzę jeszcze, że wydawnictwo ma mieć niesamowitą oprawę graficzną.

Ogólna ocena 9+/10