Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowa płyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowa płyta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2012

Anathema - Weather Systems

Lubię Anathemę, ale przyznam szczerze, że ich ostatnie muzyczne dokonania mnie jakoś szczególnie nie porywały. Anathemę uwielbiam i podziwiam przede wszystkim za Alternative 4 i wydany rok później Judgement. Bardzo interesujące były wydawnictwa zawierające stare utwory z nowymi aranżacjami: Hindsight i ubiegłoroczne, recenzowane przez mnie Falling Deeper. W tym roku miną dwa lata od ukazania się We're Here Because We're Here – albumu, który zachwycił wielu fanów formacji. Mnie do dziś nie przekonał, a więc tym bardziej ucieszyłem się z wiadomości, iż „The Cavanagh Family” powraca z pełnowymiarowym, nowym studyjnym krążkiem. I tak oto od kilku tygodni raczę się muzyką z Weather Systems.

Całość recenzji Weather Systems na Artrock.pl.

niedziela, 18 września 2011

Opeth - Heritage




Przed kilkoma laty Opeth ufundowało małą niespodziankę swoim słuchaczom. Było to przy okazji nagrywania albumu Deliverance (2002). Zespół współpracował wtedy ze Stevenem Wilsonem i równolegle powstał wydany rok później materiał zawarty na Damnation, które okazało się pięknym chociaż bardzo delikatnym i na swój sposób mrocznym uzupełnieniem ciężkiego, opethowego Deliverance. Potem było niezłe Ghost Reveries (2005), do którego rzadko wracam, a trzy lata później Watershed. W międzyczasie bardzo przemieszał się skład grupy – zmiana gitarzysty, inny perkusista itd.), do samego albumu podchodziłem z dystansem. Długo zajęło mi przekonanie się do takiego brzmienia Opeth, lecz dzisiaj z perspektywy czasu śmiało mogę stwierdzić, że Watershead jest jednym z moich ukochanych dzieł Szwedów. Ale znając gust, muzyczne upodobania i podejście Mikaela Åkerfeldta, który w zasadzie ma decydujący wpływ na wszystko, co związane jest z zespołem i co się w nim dzieje, miałem przeczucie, że kolejny album będzie przełomem, czymś zupełnie nowym.

Więcej moich wywodów o nowym i genialnym Heritage Opeth na Artrock.pl.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Subiektywnie o Back To Black Amy Winehouse


Gdy kilka lat temu Amy Winehouse trafiła do muzycznego biznesu chyba nikt nie przewidywał takiego końca. Młoda, niewysoka i całkiem urodziwa (jeszcze wtedy) dziewczyna, która została obdarzona sporym talentem oraz mocnym głosem. Dwudziestolatka swoim debiutem Frank w 2003 roku zaskoczyła niejednego, bez względu na wiek i płeć miłośnika muzyki. Poruszyli się nawet co niektórzy, nieco skostniali krytycy – o zgrozo – muzyczni.

Mój tekst o Back To Black Amy Winehouse.











poniedziałek, 4 lipca 2011

Yes, Yes, Yes...

Fly From Here. Nie liczyłem na kontynuację Going For The One, a w najbardziej fantazyjnych i nietrzeźwych stanach nawet nie pomyślałem o Fragile oraz Dramie – z uwagi na udział Trevora Horna. Z jednej strony byłem ciekawy nowej płyty, ale z drugiej obawiałem się, że nie będzie to dobry powrót i nikomu – a zwłaszcza muzykom, na dobre to nie wyjdzie.
Już po pierwszym zapoznaniu uspokoiłem się, bo na szczęście nie jest to powrót w stylu Go Away White (2008) Bauhaus i jest lepiej niż z ostatnimi wydawnictwami Van der Graaf Generator.
Cały mój tekst znajduje się na Artrock.pl.

sobota, 2 lipca 2011

Tim Hecker - Ravedeath, 1972

Genialna płyta! Co powiedzieć więcej? Proszę koniecznie posłuchać. Tutaj jest moja recenzja. Ravedeath, 1972 to jedno z najciekawszych, najbardziej wartościowych i spójnych wydawnictw ambientowych jakie było mi dane usłyszeć w ostatnim czasie. A Tim Hecker, pewnie trochę nieświadomie nagrał bodajże jak na razie swój najlepszy materiał, zarazem tak inny od wcześniejszych autorskich dokonań.

czwartek, 23 czerwca 2011

Łukasz Rostkowski Warsaw. WAR | SAW

...czyli kolejna część cyklu "Zrozumieć Polskę".

W tym roku przy współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego artysta przygotował kolejną część cyklu Zrozumieć Polskę zatytułowaną Warsaw WAR | SAW. Tym razem tematyką płyty jest powstanie warszawskie i prawdziwe historie warszawiaków – jego uczestników i obserwatorów sprzed 67 lat. W jednym z wywiadów muzyk powiedział, iż mimo szacunku do powstania, jaki i do pewnego romantyzmu tego zrywu narodowego nie chciał tworzyć kolejnej traumatycznej opowieści. Takich drukowanych, filmowych, czy dźwiękowych dokumentów powstało już wiele. Rostkowski chciał znaleźć inny klucz na podjęcie tej tematyki.I to mu się udało. Choć Warsaw jest swoistą kontynuacją 39/89 to zasadniczo oba te albumy różnią się od siebie. Przede wszystkim nie jest to płyta stricte faktograficzna, tak jak pierwsza część cyklu. Kompozytor postawił na autentyczność, a jako element pozamuzyczny wybrał rzeczywiste historie ludzi, zwykłych mieszkańców, którzy przeżyli te jakże trudne dni. To właśnie oni są bohaterami Warsaw. Oni i ich przywoływane z pamięci opowieści dotyczące codziennego życia w stolicy – mieście, które przeżyło własną śmierć. Unikalne nagrania wykorzystane na płycie pochodzą z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Muzyka przewija się delikatnie w tle i jest wspaniałym dopełnieniem konceptu. O ile w przypadku 39/89 artysta postawił bardziej na instrumenty elektroniczne, tak tutaj dominuje bardziej tradycyjne, analogowe instrumentarium: akordeon, trąbka, kontrabas. W odniesieniu do tego wydawnictwa wyszło to zdecydowanie na jego korzyść i jest kolejnym potwierdzeniem wrażliwości i fantastycznego wyczucia samego Rostkowskiego.

Po więcej zapraszam tutaj.

PS. Płyta jest fenomenalnie wydana!

środa, 22 czerwca 2011

Kamieniami w Anioły

Od premiery wprawdzie minęło już kilka tygodni, to w tzw. "środowisku metalowym" płyta jest wciąż na językach tzw. "wyznawców". Słowa pochwały gdzieś mi umknęły... A szkoda. Płyta naprawdę jest dobra. Mało osób ją chwali, czego nie rozumiem.

Właśnie... jaka płyta? Morbid Angel oczywiście i Illud Divinum Insanus. Co znaczy tytuł? Nie mam pojęcia (:
Kto ma ochotę odsyłam do mojej recenzji, która znajduje się pod tym linkiem.

środa, 8 czerwca 2011

Nieważne jak wysoko jesteśmy...

Myslovitz. Nie spodziewałem się takiej płyty. Nie sądziłem, że porwę się na napisanie o nowej płycie mysłowickich chłopaków. A jednak... Istnieją prawie 20 lat i właśnie wydali najlepszy album w swojej dotychczasowej karierze. Warto posłuchać! Moja recenzja Nieważne jak wysoko jesteśmy... znajduje się tutaj.







Do singla "Ukryte" nakręcono również poniższy teledysk.


niedziela, 29 maja 2011

Here is Where We Used to Sing, kolejne arcydzieło Fovea Hex


Tajemniczy projekt niezapomnianej Clodagh Simonds oraz jej przyjaciół zaskoczył mnie po raz kolejny. Od czasów fantastycznej trylogii Neither Speak Nor Remain Silent śledzę ich każdy występek. Jakiś już czas temu ukazał się bardzo dobry 7" singiel Every Evening Gone, nagrany wspólnie z nie mniej oryginalnym i twórczym Andrew Lilesem. Zaś w ubiegłym roku, tuż przed samym Bożym Narodzeniem Fovea Hex udostępniła do pobrania dwa ciekawe muzyczne drobiazgi "Carol X X I : X I I : X" i "Lullaby X X I : X I I : X" - cyfrowe wydawnictwo nosiło nazwę Hail Hope!.

Czułem, że nowa płyta "wisi" w powietrzu. Tak też się stało pod koniec kwietnia. Wyszła w zasadzie pierwsza długogrająca płyta Fovea Hex zatytułowana Here is Where We Used to Sing.
Po wcześniejszych, imponujących dokonaniach czułem, a co więcej – byłem pewien, że ten i każde kolejne muzyczne (arcy)dzieło sygnowane Fovea Hex będzie czymś magicznym i wyjątkowym. Tak też się stało. Jak na razie, dla mnie jest to najlepsza płyta tego roku i piękne otwarcie nowej dekady. To muzyka taka, jaką kocham, jakiej oczekuje i jakiej niestety jest coraz mniej.

Albumu można w całości odsłuchać oraz zakupić w plikach w tym miejscu.
Tradycjonalistów odsyłam do sklepu Janet Records, gdzie można nabyć opisywane wydawnictwo, także w wersji limitowanej, rozszerzonej o drugi dysk (zawierający remiksy) Three Beams.

Zainteresowanych zapraszam również do lektury mojej recenzji Here is Where We Used to Sing na łamach Artrock.pl.

wtorek, 22 marca 2011

Juho the Panda - Brothers

Znalazłem na zaprzyjaźnionym blogu Soinoise. Słucham od dwóch dni i jest naprawdę super. 55 minut i osiem czarujących utworów. Jest delikatnie, jest energetycznie, miejscami bardzo mocno i gitarowo, bardzo fajna elektronika.
Co tu dużo pisać - trzeba koniecznie posłuchać.

Rozejrzyjcie się też na stronie projektu. Album można też pobrać bezpośrednio stąd.

niedziela, 20 lutego 2011

PJ Harvey "Let England Shake"

Przed kilkoma dniami na sklepowych półkach znalazł się świeżutki, ósmy z kolei album PJ Harvey. Z nowym Dziełem (przez duże, ogromnie "de") – Let England Shake zaznajamiam się od dnia premiery codziennie. Słucham dniami i nocami, na kolanach, ze szczęką na podłodze. Dlaczego? Nie pytajcie – bo sam nie wiem – lecz zakosztujcie sami. Zawsze lubiłem i ceniłem dokonania Harvey. Raz trafiały do mnie bardziej, jak na przykład Rid of Me, czy bardzo osobisty White Chalk, czasami trochę mniej - A Woman A Man Walked By nagrany w duecie z Johnem Parishem. Przy pierwszym kontakcie Let England Shake bardzo mi się spodobał, przy drugim odsłuchu jeszcze bardziej, zaś przy trzecim zakochałem się w tej płycie. Po kilku dniach i kilkunastu przesłuchaniach znalazłem się w szalonym wirze miłości i kultu tego wydawnictwa. Ale do rzeczy.

Nowe piosenki swój wyjątkowy klimat mogą z całą pewnością zawdzięczać miejscu nagrania nowej płyty. Let England Shake powstawało się wiosną 2010 roku w malowniczym, XIX-wiecznym kościele osadzonym na szczycie klifu w hrabstwie Dorset. I tym razem przy pracy nad nowymi kompozycjami pomogli jej stali współpracownicy: Mick Harvey, John Parish oraz Flood. Płyta od strony tekstowej ma charakter bardziej uniwersalny. Artystka poruszyła tematy dotyczące jej ojczystego kraju oraz wydarzeń dziejących się obecnie na Świecie, m.in. wojny w Iraku i konfliktu w Afganistanie. Można śmiało stwierdzić, że Polly Jean odeszła od tekstów dotyczących "jej" na rzecz tego, co dziele się "wokół niej". Próbuje zamanifestować swój sprzeciw wobec doczesności, ale nie wykrzykuje pustych, acz głośnych sloganów – czyni to w sposób bardziej przemyślany. Próbuje być trochę jak T.S.Eliot w swojej późniejszej twórczości. W warstwie muzycznej raczy nas z jednej strony ślicznymi melodiami, z drugiej zaś kaleczy te dźwięki – co jest naprawdę fascynujące. Podobnie jak w poemacie Ziemia jałowa Eliota, tak i tutaj – nic nie dzieje się przypadkowo i wszystko ma swój zaplanowany sens oraz porządek. Jest tutaj gitara, prosty podkład perkusyjny, śpiew przeplatany melorecytacją. Niby prostota i nic specjalnego tak można rzecz. Ale w tym gąszczu pozornie łatwych dźwięków czają się prawdziwe perełki jak np. trąbka w "The Glorius Land" czy genialnie zaśpiewany "All and Everyone" gdzie kilka razy fantastycznie spowalnia melodia, a PJ leniwym, spokojnym głosem śpiewa: Death was in the staring sun,/fixing its eyes on everyone./It rattled the bones of the Light Horsemen/still lying out there in the open [...]Death to all and everyone.
Na tej płycie rytm i melodie mają różne płaszczyzny. Kolejną genialną piosenką jest surowy i pogłosowy "On Battleship Hill". W tym utworze zaskakująca jest zmiana maniery wokalnej artystki, która pojawia się na początku, nim dołączają do niej męskie głosy należące do Parisha, Harveya oraz perkusisty Jeana-Marca Butty’ego. W utworze "England" pojawia się znowu niestabilna melodia, poprzetykana przesterowanymi dźwiękami trąbki, oraz pianinem Rhodes. Poza klasycznym i wspomnianym wyżej instrumentarium Harvey wykorzystała w studiu: organy, skrzypce, mellotron, ksylofon, ludową cytrę oraz auto-harp (najczęściej 36 lub 37 strunowy instrument, podobny do cytry; dla ciekawych odsyłam do Googla) oraz pierwszy raz – saksofon, na którym gra sama i pojawia się aż w pięciu kompozycjach.

Po raz kolejny Polly udowodniła, że talent i pomysły jej nie opuszczają. Że jest artystką po prostu perfekcyjną. Że warto czekać na jej nowe wydawnictwa. Na tym albumie czuć folklor Anglii, śmiało stwierdzam, iż płyta jest na wskroś przesiąknięta Wielką Brytanią Jej Królewskiej Mości Polly Jean Harvey. Słabe strony Let England Shake? Brak. Wiem, że jeszcze za wcześnie na wybór płyt roku, ale ta na pewno znajdzie się w moim zestawieniu. Jest to z całą pewnością jedna z najciekawszych płyt tego roku, a ponadto, piękne muzyczne otwarcie kolejnej dekady.
Przyznam szczerze, że nie łatwo było napisać recenzję tego albumu. I to nie tylko dlatego, że wciąż – nie mogąc wyjść z podziwu siedzę na kolanach. Wierzcie mi, że ciężko przełożyć piękno tej muzyki na zwykłe słowa. Proponuję przekonać się na własne uszy, serce i umysł. Odważni też mogą napisać recenzję...




Recenzja ukazała się na łamach portalu Artrock.pl

środa, 16 lutego 2011

The King Of Limbs - nowy album Radiohead już w sobotę

Już w najbliższą sobotę 19 lutego ukaże się najnowsza płyta Radiohead. Wydawnictwo The King Of Limbs najpierw będzie dostępne na stronie TheKingOfLimbs.com (19 lutego), a następnie trafi na nośnik fizyczny (9 maja) w formie... gazety. W skład "fizycznego" zestawu wejdą: dwa 10-calowe winyle, CD oraz zbiór różnych, mniejszych lub większych, grafik. Wszystko to zostanie opakowane w specjalne pudełko, wykonane z biodegradowalnego materiału. Dodatkowo, jedna losowo wybrana osoba zostania obdarowana przez grupę dodatkową płytą winylową z dwoma piosenkami. Każdy, kto złoży zamówienie na fizyczną wersję albumu, już od najbliższej soboty będzie mógł legalnie pobrać materiał ze wspomnianej wyżej strony.

Podobnie jak w przypadku poprzednika - In Rainbows nowy album wyda wytwórnia XL Recordings w tradycyjnej formie CD i na 12-calowym winylu. Premiera zaplanowana jest na 28 marca. Naturalnie od najbliższej soboty, The King Of Limbs będzie można zakupić także w samym wydaniu cyfrowym.

Zespół Radiohead może prowadzić własną politykę wydawniczą, ponieważ nie jest związany kontraktem z żadną wytwórnią. Mimo iż cena za pobranie elektronicznej wersji albumu The King of Limbs należy do najniższych na rynku elektronicznej dystrybucji nagrań muzycznych za kompletną płytę, to oferta grupy nie przypomina tej, którą Radiohead przedstawiło swoim fanom 10 października 2007 r. wraz z premierą poprzedniego albumu "In Rainbows" .Przypomnijmy, że wtedy każdy mógł pobrać album za dowolnie zaoferowaną kwotę, nawet za darmo. Już w dniu premiery pobrano rekordową ilość albumu - milion dwieście tysięcy kopii. Mimo "darmowej" opcji wpływy przekroczyły dotychczasowe dochody grupy ze sprzedaży elektronicznej wszystkich wcześniejszych płyt razem wziętych.

Oj będzie się działo. Warto było czekać! Niecierpliwie wypatruję soboty.

wtorek, 7 grudnia 2010

Świąteczna Annie Lennox

Nie jestem jakimś fanem świątecznych piosenek, poza kilkoma wyjątkami w postaci na przykład "Happy Xmas (War Is Over)" Johna Lennona i Yoko Ono.
Jednakże przed kilkoma dniami natrafiłem na najnowszy album Annie Lennox - A Christmas Cornucopia.
Płyta może jakoś specjalnie nie rzuca na kolana i jedne utwory są naprawdę fajnie zaśpiewane i zaaranżowane, inne nieco mniej. Ale dosyć przyjemnie się tego słucha, zwłaszcza o tej porze roku, na kilkanaście dni przed świętami. A otwierająca album kompozycja "Angels From The Realms Of Glory" jest naprawdę śliczna.


Poniżej coś na zachętę - wspomniane "Angels From the Realms of Glory" oraz film the making of...





poniedziałek, 6 grudnia 2010

środa, 3 listopada 2010

Wysmakowany pop: Bryan Ferry - Olympia

Pamiętają Państwo zespół Roxy Music? Na początku lat ’70 założyło go dwóch niezwykłych gentelmenów: Bryan Ferry, który w roli wokalisty pozostał w nim do końca oraz jeden z najzdolniejszych producentów Brian Eno, który po niespełna dwóch latach działalności opuścił grupę. W 1983, rok po nagraniu zacnego albumu Avalon zespół się rozpadł, a jego członkowie, podobnie jak wcześniej m.in. Eno skupili się już tylko i wyłącznie na swoich solowych przedsięwzięciach. Ciekawym zbiegiem okoliczności właśnie w październiku tego roku zostały wydane kolejne solowe albumy Eno (Small Craft on a Milk Sea, Warp) i właśnie Olymipa (Virgin Records) Ferry’ego.

Słowo wstępu o płycie. W śród wcześniejszych solowych dokonań tego artysty zdarzały się albumu lepsze i trochę gorsze. Do najlepszych można na pewno zaliczyć Boys and Girls (1985), Bête Noire (1987) i As Time Goes By (1999), który zawierał stare przeboje w nowych, trochę jazzowych aranżacjach. W następnej dekadzie nagrał jeszcze dwa przyzwoite albumy i zamilkł na ponad trzy lata. Teraz powrócił z nowym i świeżym materiałem. Pierwsze wrażenia po przesłuchaniu miałem trochę skrajne. Z jednej strony płyta nie wnosi niczego nowego, ale biorąc pod uwagę te kryteria, to poza Roxy Music Ferry nigdy nie rzucał aż tak na kolana. Po prostu trzymał swój (zazwyczaj wysoki) poziom i styl. Z tą płytą jest podobnie, chociaż mam mieszane uczucia, bo Olympia to coś więcej niż po prostu dobra płyta. Sporo tutaj świeżych brzmień, jak na przykład w moim ulubionym utworze "Shameless". Ale znajdują się także wspaniałe kontrasty chociażby wyciszony i poruszający "Song To The Siren". Produkcja muzyczna całości jest bardzo wysmakowana, głos Ferry’ego jakby się nie zmieniał i do tego otrzymujemy naprawdę dobre teksty.

Większość kompozycji autor współtworzył z Davidem A. Stewartem, czyli drugą połową duetu Eurythmics. Ale takich gości jest tutaj więcej, m.in. gitarzysta Roxy Music Phil Manzanera, Steve Winwood ("No Face, No Name, No Number") oraz reprezentanci młodszego pokolenia: Scissor Sisters i Andy Cato z elektronicznego projektu Groove Armada. To właśnie temu ostatniemu zawdzięczamy wspaniałe, zapadające w pamięć dźwięki "Shameless". Co ciekawe ten sam utwór, ale w nieco zmienionej formie pojawił się na ostatniej płycie tego duetu – "Black Light", wydanej w styczniu tego roku. Jednakże wersja z Olympii w moim mniemaniu bije poprzedniczkę na głowę.

Olympia to dziesięć inteligentnych i świetnie skrojonych piosenek zmieszczonych w pięćdziesięciu minutach. Tylko tyle i aż tyle. Idealna płyta popowa. Dobrego, ale naprawdę dobrego, mocnego popu nigdy nie jest za wiele, zwłaszcza w ostatnich latach, bo wbrew pozorom powstaje dużo zwyczajnego chłamu. Nieprzekonanych odsyłam do radia, gdzie można (podobno) czasem usłyszeć singiel – "You Can Dance", utwór otwierający album. Ale nie potwierdzam, bo radia w zasadzie przestałem słuchać kilka lat temu.
Jeszcze na koniec słowo o edycjach. Ich są bodajże cztery: pierwsza – wersja podstawowa z jedną płytą, druga wersja, poszerzona o dysk DVD zawierający film "The Making Of Olympia" i teledysk do "You Can Dance", trzecia wersja to "deluxe limited": w dużym i pięknym opakowaniu otrzymujemy zestaw z wersji numer dwa (CD+CVD) wzbogacony o kolejny bonusowy dysk CD z remiksami, wersjami instrumentalnymi itd. I po czwarte – wersja na winylu. Czego chcieć więcej? Chyba tylko takich płyt.

Ocena 4+/5

czwartek, 21 października 2010

Jest już "Places"!

Z przjemnością donoszę iż dzisiaj odebrałem z drukarni okładki do naszego nowego albumu Places. Część płytek jest już skonfekcjonowana i od jutra zaczynam wysyłkę. Reszta zamówień zostanie zrealizowana w najbliższy poniedziałek, w dniu premiery. Serdecznie zapraszamy. Album można zamawiać na stronie Larch Records, klikając tutaj.










Jak Wam się podoba? :)

środa, 20 października 2010

The Legendary Pink Dots - Seconds Late For The Brighton Line

W pierwszym tygodniu października ukazał się nowy bodajże 27 studyjny album The Legendary Pink Dots zatytułowany Seconds Late For The Brighton Line. Chyba 27, bo długo liczyłem płyty Kropek na swojej półce. Gdy pominąłem single, EP’ki, wydawnictwa zbiorowe, kompilacje i płyty koncertowe to stanęło na liczbie 27 (słownie: dwadzieścia siedem). Jeśli coś przeoczyłem to bardzo przepraszam, ale określenie ilości nagrań w przypadku tego zespołu, podobnie jak np. Nurse With Wound jest niemalże niemożliwe.
Legendarne Różowe Kropki to brytyjsko-holenderska grupa, która głównie za sprawą nieodżałowanego Tomka Beksińskiego ma w naszym kraju sporą grupę fanów – a raczej wyznawców. Prawda jest taka, że ten zespół albo się kocha i kocha jego muzykę, albo... się go nie znosi, przede wszystkim za sprawą wokalisty-proroka Edwarda Ka-Spela obdarzonego jak sam mówi "nieludzkim głosem".

Przez skład "Kropek" przewinęło się plus minus około trzydziestu osób. Od początku ich trzon stanowi wspomniany Edward Ka-Spel oraz klawiszowiec Phil Knight bardziej znany jako The Silverman. Aktualnie w składzie znajduje się jeszcze znakomity holenderski gitarzysta Erik Drost, wcześniej znany m.in. z formacji Girlfriends oraz dźwiękowiec Raymond Steeg (jest to jedyny znany mi zespół, który w swoim składzie zamieszcza inżyniera dźwięku). W podobnym składzie LPD nagrywało na początku tej dekady lecz towarzyszył im (prawie od dwudziestu lat) saksofonista Niels van Hoorn, który w ubiegłym roku odszedł z zespołu, po to aby zająć się własnym projektem – Strange Attractor. Chwilę przed nim grupę opuścił też gitarzysta Martijn de Kleer i to właśnie na jego miejsce powrócił Drost.

W takim czteroosobowym składzie: Ka-Spel, The Silverman, Drost i Steeg powstał najnowszy album Seconds Late For The Brighton Line, który dobrze określa słowo: zjawiskowy. Po pierwsze, nowy krążek jest znacznie lepszy od poprzedniego Plutonium Blonde (2008) i jest najlepszym materiałem jaki wydały Różowe Kropki od czasów The Whispering Wall (2004). Po drugie cieszę się, że do składu powrócił utalentowany Erik Drost, który będąc zarazem najmłodszym członkiem grupy wnosi tam dużo świeżości. Nie znoszę gitarzystów, którzy lubują się w solówkach. Lubię, gdy gitara podkreśla brzmienie i dodaje, choćby nawet najdelikatniej, charakter kompozycji. Na nowej płycie słychać to w utworach "No Star Too Far" oraz "Someday".

Drost ma w ogóle specyficzną technikę gry na gitarze: jako leworęczny gitarzysta, gra na gitarze dla praworęcznych... i nie było by w tym nic dziwnego (tak w latach ’60 grał Hendrix) gdyby nie fakt, iż gitara jest odwrócona. Wieść, iż on powraca, bardzo mnie ucieszyła i jakoś specjalnie nie opłakiwałem odejścia de Kleera. Natomiast, szokiem było odejście wspomnianego van Hoorna. Bałem się, że bez niego każde kolejne dzieło LPD będzie przypominało solowe albumy Ka-Spela i Silvermana. Teraz jestem spokojny. Owszem, szkoda mi że nie ma już tutaj całej palety najróżniejszych saksofonów od sopranowego do basowego, fletu, klarnetu i innych dziwnych instrumentów dętych (często własnej konstrukcji), ale od strony muzycznej zespół poradził sobie bardzo dobrze. Album brzmi naprawdę pięknie i mija trochę czasu nim słuchacz dokładnie się z nim osłucha. Nie jest tak transowy, agresywny i nacechowany elektronicznymi natręctwami jak płyty LPD z lat ’90. Sporo tutaj gitary, klawiszy, a elektronika potraktowana została jako najlepsza przyprawa i dodaje smaku oraz kolorytu nowym "Kropkom". Chyba najbardziej transowym kawałkiem jest trzynastominutowa kompozycja "Ascension". Jak zawsze w przypadku tego zespołu, wspaniałe dźwięki zostały ubarwione oryginalnymi tekstami autorstwa Proroka Ka-Spela.

Dziewięciu nowych kompozycji (tyle liczy zawartość CD) słucha się bardzo dobrze. Zadziwiające, że przy takiej ilości wydawnictw ten zespół wciąż potrafi zaskakiwać i nie postawił jeszcze ostatniej Różowej Kropki nad "i" w wyrazie "Pink". Najnowsze dzieło Seconds Late For The Brighton Line należy traktować szczególnie także z tego względu. iż grupa w tym roku obchodzi swoje trzydziestolecie działalności.
Mój znajomy zwrócił też uwagę na szatę graficzną wydawnictwa, do której LPD jakby wcześniej nie przywiązywało większej wagi. Nowa płyta została wydana w bardzo ładnym, aczkolwiek prostym digipaku, na którym znajdują się tajemniczy liczby i literki S L F T B L [Seconds Late For The Brighton Line].
A na koniec dodam jeszcze, że wiosną przyszłego roku – prawdopodobnie w kwietniu – The Legendary Pink Dots ponownie zawitają do Polski z serią koncertów.

Ocena: 6/6

wtorek, 5 października 2010

Coma nie zapadła w śpiączkę

Excess oraz Symfonicznie, dwie nowe płyty.

Łódzka Coma to w chwili obecnej, obok Riverside jeden z najoryginalniejszych polskich zespołów rockowych. Artystycznym poziomem dorównuje im chyba tylko Kapela ze Wsi Warszawa i Anita Lipnicka – choć to trochę inna muzyka. Ale jeśli jesteśmy przy dyskusji
o kondycji polskiej muzyki i padło nazwisko Anity to grzechem byłoby gdybym nie wspomniał, że jej ostatnia płyta (Hard Land of Wonder), wydana w ubiegłym roku w moim subiektywnym podsumowaniu roku zmiotła z pola widzenia wszelkie inne wydawnictwa wydane w 2009 – w ogóle, nie tylko te z rodzimego rynku. Powróćmy jednak do Comy.
Tej jesieni grupa przygotowała dla swoich fanów podwójną ucztę. Na początku września ukazał się anglojęzyczny album Excess na którym znalazło się dziewięć kompozycji z albumu Hipertrofia (2008), ostatniego studyjnego dzieła zespołu, tym razem zaśpiewanych po angielsku oraz trzy dodatkowe, premierowe utwory. Płyta ma być pierwszym ukłonem grupy i wydawcy do spopularyzowania Comy zagranicą. Póki co album dostępny jest wyłącznie u wydawcy-dystrybutora, firmy Mystic, a do europejskiej sprzedaży trafi w połowie października.

Jeśli chodzi o sam album to mam nieco mieszane odczucia. Przede wszystkim Comę zawsze postrzegałem przez pryzmat świetnych tekstów, osadzonych w znakomitej muzyce. Z nowym anglojęzycznym dziełem jest trochę inaczej. Może nie tyle, że trudno jest wgryźć się w te teksty czy zrozumieć ich przekaz, bo przecież znam ich polskie odpowiedniki, a z drugiej strony język angielski nie jest czymś egzotycznym, lecz z przykrością stwierdzam, że dla mnie ta płyta pozbawiona jest duszy, tego czegoś wyjątkowego obecnego na wcześniejszych wydawnictwach. Jestem ciekaw jak album zostanie odebrany w "krajach docelowych". Szczerze powiedziawszy nie wiem jak zespół sobie to wyobraża. Od teraz zacznie nagrywać każdą płytę podwójnie: po polsku i angielsku? Owszem są polskie zespoły śpiewające po angielsku (i do tego popularne zagranicą), jak np. Behemoth, Vader czy wspomniany na początku Riverside. Ale one zawsze śpiewały po angielsku. Z Comą jest inaczej i właśnie jeśli chodzi o teksty to w tym wypadku język polski pasował do nich najlepiej, bo muzyka przecież sama się obroni. Podobnie jak Rammstein silnie związany jest ze swoją "niemieckością". Ich kompozycje śpiewane w innym języku niż niemiecki tracą na jakości, na swej energii oraz mocy.
Dobrze, daje już spokój tekstom, a przejdę do muzyki. Ta jest znakomita i niewiele różni się od tej z Hipertrofii. W połączeniu z całością, tj. słowa plus muzyka najlepiej wypadają: "Transfusion", "Afternoons In The Colour Of Lemon" i "Eckhart".
Szkoda tylko, że jest tutaj właściwie cząstka macierzystego albumu. Hipertrofia jest przecież podwójnym albumem koncepcyjnym, więc tym bardziej nie powinna być skracana. To tak jakby Bitwę pod Grunwaldem Jana Matejki oglądać na wyświetlaczu telefonu.

Druga nowość Comy to płyta Symfonicznie. To już drugi album koncertowy Comy i drugi wydany w tym roku. Tym razem jest to zapis koncertu, który odbył się 23 czerwca ubiegłego roku w Gdańsku na Targu Węglowym. Zespół wystąpił wtedy z towarzyszeniem Orkiestry Symfoników Gdańskich i wykonał najważniejsze utwory w swoim dorobku. Fragment tego występu można zobaczyć jako dodatek do DVD Live. Nowy album reklamowany jest właśnie jako suplement wydawnictwa Live.
Chociaż nie jestem specjalnym miłośnikiem tego typu wydawnictw oraz angażowania orkiestry symfonicznej do tego typu brzmień (z małymi wyjątkami) to album całkiem miło mnie zaskoczył. Na pewno bardziej niż się tego spodziewałem. Kompozycje zespołu zostały całkiem dobrze przygotowane i zaaranżowane. Na szczęście odbyło się to z wyczuciem i płyta nie męczy, ani nie zieje z niej przesadny patos. Moim symfonicznym faworytem są "Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców" oraz "Spadam". No i nareszcie w swej ponad dziesięcioletniej karierze Coma doczekała się ładnej oprawy graficznej. To oczywiście kwestia gustu, ale uważam, że do okładek zespół raczej szczęścia nie miał. Szkoda, że do Excess nikt nie pofatygował się o zaprojektowanie nowej szaty graficznej, a jedynie została nieco zmodyfikowana ta już istniejąca, z polskiej wersji albumu.

Grupa trzyma muzyczny poziom, mimo, że trochę się czepiam. Pozostaje wciąż na firmamencie współczesnej polskiej muzyki rockowej. Mam nadzieję, że Europa i reszta świata doceni ten zespół, czego mu szczerze życzę. A sobie życzę, aby póki co Coma nie wydawała dwóch płyt koncertowych na rok, a przysiadła w studiu i szybko powróciła z nowym, świeżym, jak zawsze ambitnym i zaskakującym materiałem.

Reasumując, dla tych co nie lubią czytać - ocena:
Coma – Excess: 7/10
Coma – Symfonicznie: 8/10

środa, 22 września 2010

Brendan Perry – Ark

...czyli solowy powrót lidera Dead Can Dance.

Śmiało można nazwać rok 2010 rokiem powrotów, wielkich powrotów. Nowy albumy wydali już między innymi Mark Almond, Sade, Laurie Anderson, a teraz Brendan Perry. Jedenaście lat przyszło nam czekać na drugi solowy album tego muzyka. Po sukcesach płyt Dead Can Dance jego pierwsze dzieło Eye of the Hunter zostało przyjęte dość chłodno. Chociaż szczerze powiedziawszy, nie jest to dla mnie do końca zrozumiałe, bo jest to bardzo dobry album, podobnie jak najnowszy Ark, choć jeśli ktoś się tutaj spodziewa jakichś wielkich muzycznych rewolucji i dźwiękowego suspensu, temu radzę się wstrzymać.

Można odnieść wrażenie, że artysta zatoczył swoiste koło. Oddalił się nieco od neofolkowej otoczki znanej z poprzedniego albumu, a zwrócił się z powrotem w kierunku dark wave'u, czyli do swoich prawdziwych korzeni. Jak wspominałem, wyszło mu to całkiem przyzwoicie. Album jest mroczny i dosyć szczelnie wypełniony hipnotyzującymi wokalizami Perry'ego. Ark nawiedzony jest też duchami "Martwych Potrafiących Tańczyć" (Dead Can Dance), lecz nie przyrównałbym go do żadnego albumu tego kultowego zespołu. Słychać, że artysta nie stoi w miejscu, że inspiruje się nowymi brzmieniami i trendami muzycznymi. Pobrzmiewają tutaj dubowe czy trip-hopowe eksperymenty, których wydaje mi się, iż nie powstydziliby się Mssive Attack, jedni z prekursorów tego gatunku. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, która prawie w całości oparta jest na żywych instrumentach, w nagraniu nowego materiału wykorzystane zostały dźwięki, pochodzące głównie z samplerów i syntezatorów. Jak można się dowiedzieć ze specjalnego filmu udostępnionego przed premierą na stronie internetowej artysty, był to zabieg celowy, którego zamysł opierał się na wykreowaniu neutralnego elektronicznego pejzażu dźwiękowego, który odzwierciedliłby współczesny świat, zdominowany techniką, świat uzależniony od maszyn.

Jest to z całą pewnością dystopijna wizja świata, z powracającymi motywami utraty tożsamości, alienacji, wojny, czy zagrożeń środowska naturalnego. Lecz z drugiej strony, zwłaszcza tej tekstowej wydawnictwo Ark jest również nośnikiem optymizmu i nadziei co do przyszłości współczesnego świata.
Na nowym krążku zawierającym osiem oryginalnych kompozycji pojawiają się dwa utwory: otwierający płytę "Babylon" i zamykający ją "Crescent", które pierwotnie skomponowane zostały przez Brendana Perry, w związku z Dead Can Dance Reunion Tour z 2005 roku.

Boli mnie fakt, że część z dawnych fanów "Umarłych..." jest nieco uprzedzona do solowych wydawnictw ich członków. Na marginesie przypominam, że druga połowa DCD czyli Lisa Gerrard nagrała w ostatnich latach dwa rewelacyjne albumy (studyjny i koncertowy) z Klausem Schulze. Ark traktowane jest niestety trochę po macoszemu, a jestem pewny, że gdyby całość została sygnowana trzema magicznymi literkami, od razu zostałaby uznana za arcydzieło... Jest o niesprawiedliwe i wydaje mi się, że szkoda czasu na zastanawianie się czy to Perry i Gerrard osobno czy może razem. Podobnie zresztą jak nie ma sensu deliberowanie nad tym czy Marillion było lepsze z Fishem czy Hogarthem, albo kto był lepszym wokalistą Genesis: Gabriel, Colins czy może Wilson. To inni ludzie, inne spojrzenie i co za tym idzie muzyka. Każdej płycie warto dać szansę, wysłuchać jej i dopiero potem ocenić. Bo po co się niepotrzebnie uprzedzać?

środa, 25 sierpnia 2010

Laurie Anderson - Homeland

Bezkompromisowa, fantastyczna, genialna... Nie da się tak łatwo napisać recenzji tej płyt. To kolejna dźwiękowo-słowna podróż po Stanach, którą serwuje nam ta ulubienica Lou Reeda. Nowej płyty słucham od dobrych kilku tygodni, czy nawet miesięcy i nie wiem co bardziej mi się podoba. Słowa, muzyka czy całokształt. Płyta do najłatwiejszych nie należy, ale warto przez nią przebrnąć. Dużo dźwiękowych i wokalnych eksperymentów. Jest i Laurie na skrzypcach, w kilku fragmentach pojawia się wspomniany Lou Reed z gitarą czy John "wizjoner" Zorn, tym razem prezentuje bardzo spokojne, wręcz wyciszone oblicze swojego ukochanego instrumentu dętego - saksofonu. Warto kupić bilet na tę podróż po prywatnej ojczyźnie artystki, ale nie spodziewajmy się, że będzie to łatwa i wesoła podróż.
BTW - Homeland to chyba najlepsza płyta Laurie Anderson od czasu albumu Mister Heartbreak, czyli od 1984 roku!

Ocena: 9*/10

* z ogromnym plusem za wydanie: CD+DVD w pięknym digibooku


Laurie Anderson, Homeland, Nonesuch Records, 2010